3

Jestem po prostu zła. Zła jak osa. Na taki właśnie mój humor trafia Kaśka ze swoim „skarbem”. Kaśka to moja siostra, a jej „skarb” to mój siostrzeniec w wieku lat dwunastu.

– Zajmujcie się sobą sami – mówię. – Jestem wściekła, bo nie idzie mi pisanie. Do bawienia gości absolutnie się nie nadaję. Na początek jedno z was może pojechać do sklepu po chleb, a drugie po jajka do Wilkoszowej, oczywiście jeżeli macie ochotę coś jeść.

Kaśka i jej „skarb” przyjechali na rowerach, nie ma więc kłopotu z wyprawieniem ich po zakupy. Nim wrócili, ochłonęłam i mogę razem z nimi zasiąść do stołu. Nasmażyliśmy jajecznicy z pomidorami – całkiem zdrowe to to nie jest, ale za to pyszne.

– Co to za kryminał? – pyta Kaśka z ustami pełnymi jedzenia.

– Dno nie kryminał. Idzie mi jak z kamienia.

– Nie mówię o twoim dziele tylko o morderstwie, które podobno miało tu miejsce. Podawali w lokalnych wiadomościach.

– O psiakrew! Pewnie lada chwila pojawi się tu jakiś reporter.

– Dlaczego tu?

– Bo trup leżał w tamtych krzakach. – Wskazuję kierunek widelcem trzymanym w ręce.

Spoglądają na krzaki, a potem podejrzliwie na mnie. Jednak żadne nie pyta, czy to ja go zamordowałam.

– Ty go znalazłaś?

– Nie, ale ja wezwałam policję.

– No to masz gotowy kryminał. Czym się martwisz?

– Ja reportaży nie pisuję.

– Ale główny wątek już masz. Resztę sobie dorobisz – zauważa beztrosko Kaśka.

Resztę sobie dorobię! Drobiazg! Mam ochotę zawyć. Powstrzymuję się ze względu na siostrzeńca. Nie chcę, aby pomyślał, że ma ciotkę wariatkę.

– Dobrze, pojedli my, pogadali, idę do roboty. A wy gdzie chcecie. Podobno w lesie są kurki.

Siadam przy komputerze i – niestety nic z tego nie wynika. Postanawiam znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Zamykam oczy i zaczynam błądzić myślami w wirtualnej przestrzeni mojej przyszłej powieści. Komisarz Jerzy Kot o długich złocistych rzęsach. Jerzy pokonuje smoka. Smokowi zawadzał X. Zawadzał – Zawadzki – listonosz. Listonosz! Ktoś mi to opowiadał, dosyć dawno. W pewnej okolicy rozpowszechniła się gra „piramida szczęścia”. Zapoczątkował ją tam jeden z młodych, spragnionych łatwego zarobku, ludzi. Miejscowy listonosz przez długi czas nosił do grających przesyłane im pieniądze, aż wreszcie zachęcony przez ów namacalny fakt i przez prowodyra, włączył się do gry. Rozesłał większość swoich skromnych oszczędności, spodziewając się ich wielokrotnego pomnożenia. Niestety, nie otrzymał prawie nic. Oszczędności stracił. Temu, kogo uważał za sprawcę swojego nieszczęścia, poprzysiągł zemstę. Może to wykorzystać? Zawadzki, były listonosz czekający na okazję zemsty, aż uznał, że nikt już nie skojarzy jego osoby z wydarzeniami sprzed kilkunastu lat. Trzeba spróbować.

Odtwarzam wykasowany wcześniej fragment, ograniczając się do braci Babulów i dla równowagi płci do Alicji i Różyczki. Właśnie na twarzy Zawadzkiego, który patrzy za odchodzącym komisarzem Kotem, mam umieścić chytry uśmieszek, na szczęście tego głupstwa nie popełniam, bo rozlega się pukanie do drzwi.

Tak, jak się spodziewałam, jest to reporter z lokalnej prasy. Nasłał go na mnie sołtys. Oczywiście musiał wypaplać, gdzie znaleziono ciało. Postanawiam ograniczyć się do minimum.

– Moja rola zaczęła się i skończyła na telefonie do policji. Absolutnie nic więcej nie mam do powiedzenia.

Jego dalsze wysiłki, aby coś jeszcze ze mnie wydobyć, w zasadzie spełzają na niczym. Wskazuję mu tylko krzaki, gdzie znaleziono denata.

Siadam z powrotem przy komputerze.

Po wyjściu od Zawadzkiego komisarz Kot przez chwilę się zastanawiał, czy zgodnie z poprzednim planem dalej chodzić od domu do domu, czy od razu odwiedzić pannę Różę i braci Babulów. Zdecydował się na to drugie. W końcu mogło mu to oszczędzić sporo czasu. Wsiadł na motocykl i ruszył do obejścia Kuciuków.

Panna Róża rozwieszała w sadzie pranie i nie miała zamiaru przerywać tej czynności.

– Pan zaczeka, jak porozwieszam – powiedziała tonem tak stanowczym, że nie było sensu się przeciwstawiać. I dodała: – Pan sobie zerwie śliwek.

Śliwki były wspaniałe. Tym bardziej nie było sensu się sprzeciwiać. Komisarz jadł śliwki i obserwował dziewczynę. Rosła blondynka z tych wesołych i energicznych. Już zdążyła go obdarzyć serią uśmiechów. Robota paliła się jej w rękach. Skończyła i zapytała:

– A czego to policja ode mnie chce?

– Pani znała Pawła Molendę?

– A jakżeby nie. Chodziłam z nim do podstawówki. Marnie skończył.

– No, a od czasów szkolnych nie utrzymywaliście kontaktów?

– Niby jak? Wyjechał do szkół i już tu nie wrócił. Dopiero po śmierć.

– Jaki on był?

– W szkole? Niezły gagatek. Lepszy do bitki niż do uczenia, ale rodzice zasobni, to poszedł do szkół.

– Jak tu przyjechał, odwiedził panią?

– A niby po co? Tyle lat. Po co by tu przychodził? Do nas kawałek drogi ode wsi.

– To chyba na razie wszystko. Nie będę pani zabierał więcej czasu.

– Niech pan se weźmie na droge śliwek. – Uśmiechnęła się kolejny raz.

Czy rzeczywiście nie kontaktowała się z Molendą? Mogli się przecież spotkać poza domem. Z kolei, skoro Molenda tu nie bywał, może chodzić o zupełnie inną Różyczkę. Mimo tych podejrzeń śliwek na drogę komisarz sobie nie odmówił.

Braci Babulów nie zastał. Była tylko matka.

Stop! Czy ja już całkiem zwariowałam? Przecież Paweł Molenda to ten trup prawdziwy. Tożsamości mojego jeszcze nie ustalono. Pozostaje skasować, co napisałam, albo ustalić, kim jest mój i wstawić ten fragment we wcześniejszy tekst. Wybieram to drugie.

Sołtys nieboszczyka nie rozpoznał.

– To chyba nietutejszy – i podrapał się w głowę.

Natomiast gospodyni z pobliskiego obejścia, która podeszła z ciekawości, wtrąciła:

– Podobny jak w sam raz do starego Kapicy. Może to jego syn, co to już tutaj nie mieszka?

– Może i tak – zastanowił się sołtys. – Tego Edzia Kapiców nie widziałem już z piętnaście lat.

Wypadało sprowadzić Kapicę. Początkowo komisarz miał zamiar wysłać posterunkowego. Potem zdecydował się iść sam.

– Pójdzie pan ze mną – zwrócił się do sołtysa.

Sołtys założył czapkę, którą wcześniej w obecności nieboszczyka trzymał w ręku.

– Ano chodźmy.

Na miejscu zastali tylko Kapicową.

– Natalia – zagaił sołtys – Edzio do was przyjechał?

– No. Pokazał się nareszcie. Ale cholernik jak poszedł wczoraj po obiedzie, tak jeszcze nie wrócił. Zamiast posiedzieć z matką, to gdzieś baluje.

– Pani syn miał wypadek – wtrącił komisarz. – Pójdzie pani z nami zobaczyć, czy to on. Pan sołtys nie jest pewny.

– O Jezusie Nazarejski! Co jemu!

– Może to nie on. Za wcześnie się pani denerwuje.

Kapicowa trzęsącymi rękami zawiązała chustkę i już biegła do drogi.

Niestety, to był on, Edward Kapica, syn Antoniego i Natalii. Kapicowa padła na kolana i zawodziła piskliwie. A kiedy przyjechała karetka zabrać zwłoki, zaczęła szarpać noszowych.

– Czego mi go zabieracie! Zostawcie go!

Musieli ją przytrzymać i długo tłumaczyć, że jest to absolutnie konieczne. Patrzyła półprzytomnie.

– Chodź, Natalka, do domu. – Sołtys wziął ją pod rękę.

Zataczała się jak pijana. Rozmowę z nią trzeba było odłożyć do następnego dnia.

Gospodyni, która rozpoznała denata, niczego podejrzanego poprzedniego wieczora nie zauważyła.

– Panie, teraz robota w polu, wcześnie idziem spać.

Należy sprawdzić, gdzie i w czyim towarzystwie Edward Kapica spędził poprzedni wieczór. Ale to lepiej powinno się udać miejscowemu posterunkowemu. W zasadzie jeszcze nie wiadomo, co było przyczyną śmierci. Może wypił przemycany alkohol podejrzanej jakości? Jeśli w gronie znajomków, to trupów może być więcej.

Wynik sekcji zaskoczył komisarza Kota. Kapica rzeczywiście został otruty, jednak nie alkoholem, tylko cykutą. To była prawdziwa niespodzianka.

Wywiad przeprowadzony z rodzicami nazajutrz oraz przeszukanie rzeczy i dokumentów zmarłego, rzuciły trochę światła na osobę denata. Można było przypuszczać, że wbrew temu co mówili rodzice, młody Kapica prawdopodobnie nigdzie nie pracował. Przynajmniej w papierach, które zostały w aktówce, nie było nic, co by o tym świadczyło. Znaleziono natomiast książeczkę czekową Invest-Banku, więc jakieś dochody musiał miewać. Być może pracował na czarno albo zajmował się jakimiś nielegalnymi transakcjami – właśnie te ostatnie mogły być przyczyną morderstwa. Trzeba poprosić kolegów ze Szczecina o poszperanie w miejscu jego zamieszkania.

I znowu niemiłosiernie naknociłam! Przecież jeżeli młody Kapica od czasów szkolnych mieszkał na wybrzeżu, to nie mógł być inicjatorem „piramidy szczęścia” w rodzinnej miejscowości. Jeśliby natomiast przez cały czas mieszkał na miejscu, to traci rację bytu wywiad komisarza Kota z panną Różą.

Taki koktajl rzeczywistości z literaturą to w mojej pracy coś zupełnie nowego. Ratujcie mnie, muzy moje!

Na szczęście wracają Kaśka ze „skarbem”. Mam pretekst, żeby przerwać pisanie.

– Robimy sosik? – Kaśka podsuwa mi pod nos koszyk napełniony kurkami. – Darek to ma oczy! Popatrz, co znalazł.

Siostrzeniec ma minę triumfującą. W obu dłoniach trzyma dwa ogromne prawdziwki. Tutejsze lasy w nie obfitują, ale niech się mieszczuchy cieszą.

– Mój podziw dla was jako zbieraczy grzybów wprost nie ma granic. No, to teraz bierzemy się za kolację.

Takie grzyby prosto z lasu to jednak pychota. A jeszcze z pajdami chleba upieczonego przez Wilkoszową wedle przepisu jej babki – superpychota.