BANALNA BALLADA

Basia — błękitnooka blondyneczka, brewki brunat­ne, buziak brzoskwiniowy — biegnie borem. Bartek, bladawy brunet, bieży beztrosko brzeżkiem brzeźniaka. Blisko. Bliżej. Bliziutko!
Bajorkiem bezgłośnie brodzi bociek. Baczy.
Bartek bałamuci Basię. Bada biuścik, brzuszek. Bajdurzy:
— Basiuniu biedroneczko, będziemy baraszkować?
— Bezczelny bubek — burczy Basia.
— Baśka, bo będzie bieda!
— Błazen — brnie bezmyślnie Basia.
Bęc! Bam! Bagatela. Bukszpan, balsamiczny barwinek, brusz­nice bordo. Bezwzględny brutal bezceremonialnie bierze bez­radną Basię, bruka batystową bieliznę. Bezeceństwo!
— Boli! Boli! — biada biedactwo, bezskutecznie bijąc Bartka.
— Baśka, Basiulka, brylanciku!
— Buuu — beczy Basia. — Belzebub! Bezwstydnik!
— Beksa baba!
Będą, bodajże, bliźniaki.