Blagu-Jagu

– Stasiu! Gdzie jedziesz?

– Do Blagu-Jagu przez Paryż.

Kosmyczki jasnych włosów trzęsą mu się na łepetynie, kiedy podskakuje i warczy jak najprawdziwszy autobus jelcz, a może nawet TIR.

– Stasiu! Do kogo telefonujesz?

– Do mojej córki w Blagu-Jagu.

– A daleko jest do Blagu-Jagu?

– Dalej jak do Mielca. Dalej jak w góry.

Mielec — to najdalszy cel podróży w dotychczasowym życiu Staśka. Góry — to częsty cel wyjazdów jego rodziców, turystów. Ale do Blagu-Jagu jest, jak się okazuje, jeszcze dalej i trzeba tam jechać przez Paryż.

Blagu-Jagu! Mityczny kraj dzieciństwa. Jest tam wszystko, czego nie dostaje na co dzień. Jest tyle, ile potrafi stworzyć dziecięca fantazja. Jest tak, jak nie jest tutaj, a jednocześnie tylko tak, jak tu jest lub było, choć w innym, własnym już porządku. Ja, mój brat i siostra mieliśmy swój kraj: U Czarownika, ale naprawdę były to trzy zupełnie różne światy, na jakie było stać każdego z nas z racji wieku, doświadczenia i wiedzy. W te światy, w te mityczne krainy wprowadziła nas Janka.

Janka miała wtedy dziewiętnaście, a może dwadzieścia lat, i ogromne zasoby fantazji wykarmionej na romansowych powieściach i filmach. Miała też naszą miłość i nasze zaufanie. Janka była kimś bardzo ważnym. Przyszła do nas służyć jeszcze przed moim urodzeniem. Niańczyła mojego dwa lata starszego brata, a potem mnie. Chyba wtedy trzynastoletnia. A wiem, że wcześniej opiekowała się moim ciotecznym braciszkiem, który zmarł we wczesnym dzieciństwie i musiała być wówczas jeszcze młodsza rok czy dwa, zaledwie podrośnięte dziewczątko. Gdzieś tam w zakątku mózgu zakodowała mi się informacja, że ojciec Janki był nałogowym pijakiem. Może z tych awanturujących się i bijających rodzinę, skoro jej matka uznała, że lepiej oddać dziewczynkę na służbę do dobrych ludzi, niż pozwolić, by podrastając patrzyła na to nieszczęście. A może przyjaciele ojca od kieliszka zwrócili już uwagę na rozkwitającą urodę dziewczynki i matka, póki czas, chciała zapobiec zgorszeniu. Wyjechała więc Janka w trzynastym roku życia daleko od domu, by stać się naszym domownikiem na kolejnych lat kilkanaście.

Janka, obok ojca, była naszym głównym lektorem. Ojciec czytywał nam Sienkiewicza i Słowackiego. Janka — Ossendowskiego, Andersena i bajki Grimma, a prócz tego opowiadała nam przeczytane przez siebie romanse i obejrzane filmy, a relacjonowała je z wypiekami na twarzy i lśnieniem ślicznych zielonych oczu, barwnie, inteligentnie. Te szmirowate fabułki wzbogacone jej zapałem, jej zaangażowaniem, stawały się czymś, co może być przedmiotem marzeń.

Toteż cały świat U Czarownika mojej siostry utkany był z tych banalnych wątków — pełen hrabiowskich i baronowskich tytułów, wytwornych posiadłości, dziewcząt o wymyślnych imionach: Nika, Imogena, Iwona, Stella, rozgrywających na rozległych zielonych kortach swoje tenisowe mecze, białych limuzyn z szoferami, a narzeczony siostry był lotnikiem, bo w tamtych czasach zawód ten cieszył się dużym prestiżem jako romantyczny, szlachetny, wymagający od mężczyzny zdecydowania i odwagi. Nie mógł latać samolotem byle chłystek. Męski, piękny, jasnowłosy Ryszard zabierał więc czasem na te podniebne loty moją siostrę a swoją narzeczoną, której uroda U Czarownika uległa pewnej metamorfozie i była wręcz olśniewająca. Kiedy wracali z podniebnego lotu, udawali się oboje na bardzo wytworne przyjęcia z kawiorem i ostrygami, pili wino i tańczyli do rana fokstroty, tanga i upojne walce, on we fraku, ona w sukni ze złotej lamy opinającej smukłą sylwetkę jak wężowa skóra (w takich sukniach prezentowały się w owym czasie w wydawnictwach filmowych gwiazdy kina), a we włosach miała odurzająco pachnący kwiat. Dopiero teraz zauważam, że moja jedenastoletnia wtedy siostra z kobiecą przezornością wybrała okres narzeczeństwa, jako najatrakcyjniejszy dla młodej dziewczyny i bynajmniej nie planowała jeszcze ślubu z Ryszardem, choć była przecież władna w każdej chwili zaprowadzić go do ołtarza.

Inaczej mój brat. Ten nie dbając o męską wolność pojął U Czarownika za żonę cudownej urody Lilianę — złotowłosą, niebieskooką. Gdy rozpuściła swe jasne sploty, sięgały jej kolan. A na co dzień chodziła w koronie warkoczy — piękna, dobra, szlachetna. Podejrzewam, że jej pierwowzorem były przecudne księżniczki i królewny, przed którymi rycerze i giermkowie przyklękali w zachwycie, przyrzekając bronić ich, póki tchu, przed wrogami wszelkiego autoramentu, ale w pierwszej kolejności była jej wzorcem panna Oleńka Billewiczówna i z tej też przyczyny brat mój U Czarownika nosił imię Andrzej, a jego tożsamość z Kmicicem była tak daleko posunięta, że mieli nawet identyczne wąsy i identyczny łyskający zza nich uśmiech. Andrzej z ukochaną Lilianą mieszkali w rozległym starym dworze wśród pól, łąk i lasów i, jak mi się zdaje, przyroda była ważnym elementem mitycznego świata mojego ośmioletniego braciszka, który swoją przyszłą żonę Lilianę wypatrzył w ciemnym boru u tajemniczego źródełka, gdzie przeglądając się w lustrze wody czesała złote włosy. Pojął ją za żonę i pędzili życie piękne, spokojne i radosne (były w tym życiu rasowe, szlachetne konie i wierne psy), ale niestety nie pamiętam już, czy Bóg obdarzył ich i jak licznym potomstwem. Może mój brat nie widział jeszcze potrzeby zakłócenia swojej idylli z Lilianą czyjąkolwiek obecnością.

Ja o dwa lata młodsza, będąca na etapie studiowania Pocztu Królów Polskich Jana Matejki, sięgnęłam po koronę. Byłam w swoim państwie najprawdziwszą władającą królową u boku z księciem małżonkiem imieniem Ludwik (król Ludwik Węgierski najbardziej mi się podobał), ale gdzieś obok, w charakterze rycerza niezłomnego, przechadzał się po moim zamku jasnowłosy Zbigniew, dość bliski krewny Zbyszka z Bogdańca i Ketlinga. Mój brak zdecydowania, jeśli chodzi o wybór między Ludwikiem, ognistym brunetem, a Zbigniewem, subtelnym blondynem, trwał bardzo, bardzo długo i kto wie, czy nie dzięki temu zdecydowałam się później na pewnego, pośledniej urody, szatyna.

Królować nie było łatwo. Miałam w końcu tylko sześć lat. Wrogowie czyhali na granicach państwa. Ludwik i Zbigniew na czele wojsk musieli dokonywać cudów odwagi, aby obronić swoją królową. Brali licznych jeńców, a tych wtrącaliśmy do lochów pod zamkiem, gdzie była nawet izba tortur — istne średniowiecze.

Czyż nie jest dziwne, że o ile moja siostra tkwiła w odpowiednio ubarwionej, ale teraźniejszości, brat cofnął się o dwa wieki wstecz, to ja o wieków kilka? Dla każdego inne czasy były kanwą marzeń.

Blagu-Jagu jest czasem teraźniejszym. Jego bogactwo, jego nieprzystawalność do rzeczywistości polega na nieustannej zmienności pejzażu miejsca i osób. Córka Stasia raz jest dorosła i ma czworo dzieci, innym razem jest małą niegrzeczną dziewczynką, tak że trudno z nią wytrzymać. Raz w Blagu-Jagu mieszka z koleżanką, raz sama. Czasem do Blagu-Jagu jedzie się pociągiem przez Paryż, innym razem przez Mielec i Kraków autobusem. Ale wszystko jest teraz i wszystko składa się z elementów realnej rzeczywistości. Jeszcze tak — bo Staś ma dopiero cztery lata i nikt mu nie czyta Trylogii, „Krzyżaków”, „Ojca zadżumionych” ani baśni Andersena. Czyta mu się „Misia”, realistyczne opowiastki o chłopcach i dziewczynkach, a od czasu do czasu wiersze Brzechwy i Kubiaka. Nie wstrząsa to widocznie psychiką Staśka, nie pobudza jego fantazji, skoro w Blagu-Jagu brak wątków zaczerpniętych z literatury. Są za to pociągi, autobusy, most (taki jak w Mielcu) i bardzo niegrzeczne dzieci, od których wrzasku boli głowa.