Powrót

Ale wróciła — bo dzieci.

Trzeba je ubrać, nakarmić, przypilnować w chorobie, poczytać im wieczorem. Skoro je urodziła — musi wychować. Nie potrafi tego żmudnego obowiązku złożyć na cudze barki. Głupia kobieta! Nie ma w niej nic z motyla ani z barwnego ptaka. Kobieta zwyczajna.

Przekręca klucz w zamku i wchodzi do mieszkania — po godzinnej podróży donikąd. W ciepły mrok pokoju, gdzie pochrapuje śpiący mąż, gdzie na bieli poduszek zarysowują się wyraźnie ciemne główki obu bliźniaczek. Sylwia leży na prawym boku skulona. Klara jak niemowlak z piąstkami przy buzi, posapuje cichutko. Nic nie wiedzą, że obudziwszy się, miały nie zastać w domu matki.

Stoi w wąskim przesmyku między łóżeczkami, a wielki szloch, który stopniowo narastając wypełnił serce ponad brzegi, ulewa się dwoma cichymi strumykami łez. Ulewa się tylko po to, żeby mógł znowu narastać, znowu napełniać serce — ciągle niepokorne, nie chcące się pogodzić.

W mieszkaniu trwa nocna cisza. Nocny mrok dotykający pieszczotliwie zalanej łzami twarzy. Cisza niezupełna. Niezupełny mrok.

I gdy tak stoi, przychodzi jej na myśl, że to co ją otacza, jest niedokończone, niedoskonałe. Że wszystkie te naprawdę istniejące cisze i mroki zaledwie krążą dokoła swoich idei — raz się do nich zbliżają, raz oddalają — ale zawsze coś im przeszkadza być zupełną ciszą i zupełnym mrokiem. Trzeba więc żyć z takimi — jakie są. Z półmrokami i półciszami. A także z tym półmałżeństwem, które na drodze do ideału potknęło się o brak czułości.