8

Radość Piotrusia, że Matuszewski znowu bywa popołudniami w domu, jest tak żywiołowa, że Ewa nie potrafi się jej przeciwstawić. Pozwala Piotrusiowi na krótkie wizyty w pokoju ukochanego wujka. Matuszewski stara się, żeby te chwile były dla Piotrusia jak najciekawsze. Rozmawia z nim, oglądają razem atlasy, mapy, a tego dnia Matuszewski wysypuje na biurko zdjęcia, które właśnie odnalazł w jednej z szuflad w instytucie. Przeleżały tam od września. Odebrał je w przeddzień wypadku Tomasza i kiedy ten zmarł, uznał, że musi minąć pewien czas, zanim będzie mógł pokazać je Ewie. Te zdjęcia robił on sam w czerwcu ubiegłego roku. Są na nich Ewa, Tomasz i Piotruś. Razem i osobno. A na dwu jest także on – raz z Ewą i Piotrusiem, a raz tylko z Ewą. „Chodź, Piotreczku! – zawołał Tomasz – przekręcisz mi aparat!” – i odwoławszy w ten sposób synka zrobił zdjęcie tylko im obojgu, Ewie i jemu. Odgadnął pragnienie przyjaciela. Stoją blisko siebie. „Eli! weź go pod rękę” – powiedział Tomasz i Ewa wsunęła dłoń pod jego ramię, roześmiana. Nie tylko na tym jednym zdjęciu. Prawie na wszystkich są we troje roześmiani i ona, i Tomek, i Piotruś. Dobrze pamięta atmosferę tamtego pogodnego letniego przedpołudnia. Jacy byli wtedy wszyscy radośni. W miarę jak oglądają te śmiejące się postaci na tle rozsłonecznionego krajobrazu, Piotruś smutnieje, przycicha, wreszcie pyta:

– Tatuś już odjechał bardzo, bardzo daleko? Już się nie da do niego zatelefonować?

– Nie, nie da się. To podróż jeszcze dalsza niż w kosmos.

Piotruś odwraca się od zdjęć, chowa buzię na ramieniu Matuszewskiego, a po chwili cichutko:

– Tatuś umarł, prawda?

– Tak, Piotrusiu.

– Mamuni nie trzeba o tym mówić. Nie trzeba jej smucić.

– Mamunia wszystko wie. Możesz jej mówić, co tylko chcesz. Ona cię bardzo kocha.

– Ciebie też kocha!

W ten sposób, oferując Matuszewskiemu miłość matki, Piotruś wyznaje mu własną miłość. I Matuszewski wzruszony myśli: „Gdybyż to była prawda! Miłość! Cóż to za irracjonalne uczucie…”

A za chwilę przychodzi Ewa, żeby ich zabrać na kolację, i widząc leżące zdjęcia przysiada, zaczyna je oglądać.

– Mogę wziąć? – pyta. – Jeszcze sobie później popatrzę.

– One są dla ciebie, Ewelinko. Mam drugi komplet.

– Dziękuję.

Przez chwilę siedzi nieruchomo ze stosikiem fotografii w ręku, zapatrzona w ciemne okno, potem mówi:

– Myślałam, że już nikt o nim nie pamięta.

***

Miała wtedy na sobie ulubioną sukienkę Tomasza w różnobarwne kwiaty, a ten wczesnoletni dzień był jakiś szczególny, jakby przesycony, aż lepki. Wydawało się, że można brać w garści gęste, pachnące powietrze i zatulając dłonie wyciskać je jak śmietanę przez palce. Janusz przywiózł ich do tego bardzo zielonego i bardzo pachnącego lasu na maliny. Tego rana obudziły ją usta i ręce Tomasza. Powoli wynurzała się ze snu, aby z kolei zatonąć w fali doznań niezwykle intensywnych. Tomek! To on nauczył ją – jej własnego ciała. Odkrył te wszystkie miejsca, które pieszczota jego dłoni, jego warg zmieniała w małe źródełka rozkoszy, zmuszała do uległości. Sprawił, że stopniowo wyzbyła się wszelkiego wstydu. Oczekiwała go niecierpliwie – szafarza. I tego ranka on, z właściwą sobie wirtuozerią, doprowadził ją do stanu, kiedy już lada chwila byłaby zaczęła krzyczeć lub szlochać.

– Ach, Tomek, co ty ze mną robisz? – powiedziała załamującym się głosem. – Chodźże już do mnie!

Zaczął się więc wolniuteńko w niej zanurzać, co chwila odrobinę cofając, coraz głębiej i głębiej, wolniuteńko, i fala rozkoszy zagarnęła ją z daleko większą niż zwykle mocą, oplotła, otuliła nogami jego biodra. Wkrótce obudził się Piotruś. Przybiegł do nich. Przywitali go radośni. I dziecku udzieliła się ich radość. Zakotłowali się we troje na tapczanie, razem z pościelą, wtedy zadzwonił telefon. Janusz proponował wyprawę do lasu. „Za pół godziny po was przyjeżdżam” – powiedział. Rzucili się do ubierania, szykowania. Po godzinie byli w lesie. Zbierała maliny. Wcześnie dojrzały tamtego roku. Tomek i Janusz siedzieli na leżącym pniu, rozmawiali. Między nimi Piotruś. Tak właśnie ich pamięta. Co pewien czas odwracała się i ogarniała ich wzrokiem. Ale naprawdę patrzyła na Tomasza. Potem miała już pełny garnuszek, przyszła i podając mu owoce powiedziała:

– Oto maliny, Kirkorze, panie mój!

Przemknął mu po twarzy cień.

– Nie najlepiej się to skończyło – powiedział. – Doprawdy nie wiem, czy powinienem przyjąć ten dzban.

Zmieszała się.

– Nie, to nie! Masz, Piotreczku, i poczęstuj wujka. – Poszła zbierać do drugiego garnuszka.

Kiedy wracała, Janusz zrobił jej zdjęcie. Właśnie to! W jednej ręce garnuszek, drugą podniosła w górę, żeby odgarnąć włosy – jej kwiecista sukienka niemal wtopiła się w tło lasu i wygląda jak dziwożona, co nagle wyłania się z zieloności, żeby podać wybrańcowi garnuszek malin.

Potem Janusz robił dalsze zdjęcia. Ona, Piotruś i Tomek – na pniu. I jeszcze to i to. Przeszli na skraj lasu i tu znowu seria zdjęć. Tomek z Piotrusiem na barana. Tomek… Zawsze lubiła na niego patrzyć: siedzącego, idącego, leżącego, śpiącego… Zachwycała ją jego chmurna uroda. Odkrywa w tym momencie, jak dużą rolę w tej fascynacji odgrywało jej poczucie estetyki. To był niemal ten sam rodzaj zachwytu, który przeżywa stając przed dobrym obrazem. Wzruszało ją do głębi, czasem niemal wstrząsało, jego piękno. Rozkłada przed sobą na stole trzydzieści sześć zdjęć. Na nich dwadzieścia parę odbić prawdziwego Tomasza. Jednak zaledwie na czterech patrzy wprost na nią. A i tu nie widać czułości jego szarych oczu pod ciemną krechą niemal zrośniętych brwi. Żal, że Piotruś nie jest podobny do ojca, wraca któryś tam kolejny raz. Ewa kładzie się w pościeli i po chwili uczucie pustki obok staje się tak dojmujące, że zaczyna szlochać – krótko, rozpaczliwie.

***

Na wernisaż Aldony wybierali się wszyscy troje, ale okazuje się, że Piotruś jakiś niewyraźny.

– Zostaniesz z nim, Januszku? Pójdę sama – mówi Ewa. – Pewnie do jutra będzie miał gorączkę i trzeba będzie do lekarza.

– Może byś, Ewelinko, nauczyła się jeździć? Mogłabyś w razie potrzeby korzystać z samochodu – proponuje Matuszewski.

Ewa czuje się trochę urażona.

– Wcale nie prosiłam, żebyś nas zawoził.

– Pomimo to zawiozę was. A moja propozycja myślę, że jest rozsądna. Taka umiejętność może ci się kiedyś przydać, bo jeśli to mnie trzeba będzie zawieźć do lekarza?

– Przestań. Nie wolno ci chorować. Co to za głupie żarty.

Widać po śmierci Tomasza każda myśl o chorobie wprawia ją w popłoch.

Ewa ubiera się w białą bluzkę i czarną garsonkę w dyskretne srebrzyste cętki i pomimo że podkreśla usta szminką, wygląda w tym stroju smutno, więc po chwili wahania wyjmuje i przypina do bluzki złotą broszkę z topazem, prezent Tomasza, ale to wcale nie pomaga. Zniechęcona odwraca się od lustra, zabiera torebkę, wychodzi.

Autobus podjeżdża dość szybko, zupełnie luźny, a w środku Bartek Poroch, który, jest pewna, także jedzie do Biura Wystaw Artystycznych.

– Witam przedstawicielkę władz wojewódzkich! – woła on.

– Witam przedstawiciela lokalnej prasy – odpowiada Ewa. – Co się stało, że korzystasz z komunikacji miejskiej? Gdzież twoje cztery kółka?

– Gdzie są trzy, wiem. Natomiast czwarte, dzięki jakiemuś przedsiębiorczemu osobnikowi, zmieniło tej nocy miejsce pobytu. Niestety ani on, ani ono nie zostawili aktualnego adresu. Jedziesz oczywiście na wernisaż Batowskiej? Będziesz może pisała o wystawie?

– Napisałam wstęp do katalogu. Wystarczy. Tym bardziej że jesteśmy zaprzyjaźnione. Może ty byś coś spłodził?

– Chętnie. Muszę przyznać, że jej twórczość cenię wysoko.

Dojeżdżają. Dyrektor BWA Ewie proponuje przecięcie symbolicznej wstęgi i po chwili goście tłoczą się w drzwiach. Ewa z nagła zaniepokojona, że wśród tych wchodzących jest on. Boi się obejrzeć, napotkać jego wzrok. I to poczucie obecności Andrzeja stopniowo w niej narasta. Ona, która przez te wszystkie lata każdą o nim myśl próbowała natychmiast zakrywać miękką batystową chustką niepamięci, która doszła w tym niemal do mistrzostwa, nie jest w stanie sobie poradzić z gwałtownie narastającą świadomością jego obecności. Wita się, rozmawia, uśmiecha, a wszystko to jest czekaniem na moment, kiedy go zobaczy. Strachem, że jeśli przyjdzie i powie „chodź”, ona za nim pójdzie. Pragnieniem, żeby podszedł. I w tym oczekiwaniu aż omdlewa, aż zamiera jej serce. Podchodzi jednak Michał Thylman z Leszkiem. Pewnie spodziewa się od niej pochwalnych słów o twórczości żony, więc Ewa się uśmiecha.

– Widzisz, Michałku, jak dobrze trafiłeś? I to dzięki mnie.

To Ewa przedstawiła Michała Aldonie prawie sześć lat temu, na otwarciu jej poprzedniej wystawy. Parę miesięcy później była świadkiem na ich ślubie. Ona i Andrzej! Oboje byli na tym ślubie świadkami. Wtedy go poznała. I nagły niepokój, że go tutaj nie ma, że wcale nie przyszedł na wernisaż siostry. Odwraca się i zauważa, co by uszło uwagi mężczyzny, ale nie kobiety, zauważa stojącą profilem brzemienną Agnieszkę. Słabość. Musi się wesprzeć na ramieniu Michała. Ten zaniepokojony.

– Co tobie? – pyta.

– Nic, nic. Zaraz przejdzie.

Przymyka oczy. Otwiera. I widzi, co widziała uprzednio. Agnieszka z mało jeszcze widocznym zaokrągleniem brzucha. Czwarty, piąty miesiąc? „Jak on śmiał przyjść!” Oburzenie. Ucisk w sercu. „Jak on mógł?!” Opanowuje się z trudem i gdy podchodzi do niej Winiarczyk z żoną, może zamienić z nimi kilka konwencjonalnych zdań.

Potem to wszystko zaczyna się toczyć bardzo szybko. Zmierzający w jej kierunku Andrzej – z twarzą napiętą, pobladłą. Przerażone, szeroko otwarte, bardzo niebieskie oczy Agnieszki. Ratunek pod postacią Łukasza Oleckiego, który Andrzeja wyprzedza. Zrozpaczone oczy Agnieszki! I Ewa nie może tego znieść, zostawia Łukasza, podchodzi do tamtej.

– Agnieszko! – mówi – ja się z nim nie spotykam. – Wydaje jej się jednak, że to o wiele za mało dla spokoju tego skołatanego serca, więc dodaje: – Wyjdę za mąż za Janusza. Ale proszę, nie mów jeszcze o tym nikomu. Jeszcze za wcześnie.

Potem idzie do Aldony.

– Muszę jechać, Aldonko. Zostawiłam z Januszem chorego Piotrusia. Agnieszka w ciąży?

– Oficjalnie nic mi o tym nie wiadomo – odpowiada przyjaciółka.

Niemal biegnie na przystanek. Oczy zaćmione łzami. Zaczepia nogą o występ chodnika. Przewraca się. Boleśnie tłucze bok i ramię. I teraz może już w autobusie płakać z powodu tego bólu ramienia, który niczym przecież nie jest wobec bólu serca. Może na Matuszewskim wymóc współczucie i wzmożoną troskę, i korzysta z tego zupełnie roztrzęsiona, tym bardziej że tak jak się spodziewała, Piotruś ma prawie 39 stopni i trzeba będzie od rana jechać do lekarza. „Jak on mógł! Jak on śmiał tu przyjść!” – szlocha w poduszkę nie licząc się z obecnością Piotrusia ani z obecnością Matuszewskiego, który w końcu przysiada na jej tapczanie i prosi:

– Nie płacz. Nie płacz, Ewelinko.

Wtedy kładzie mu na kolanach głowę i zanosi się już zupełnie głośnym łkaniem, aż on zaczyna rozumieć, że nie płacze z powodu tego bólu ramienia, że musiało ją tam spotkać coś naprawdę złego.

***

– Agnieszka, czego ona chciała od ciebie?

Agnieszka ma ochotę powiedzieć mężowi, co usłyszała od Ewy, ale się powstrzymuje.

– Przekazała mi pewną wiadomość z prośbą, żebym jej dalej nie powtarzała – odpowiada patrząc mu prosto w oczy.

Niczego więcej się od niej nie dowie. Już się zorientował, że Ewa na salę nie wróci. Wyszła nadspodziewanie szybko. Nie zdążył podejść, zapytać: „Myślałaś o nas, Eweczka?” Od ich ostatniego spotkania minęły dwa tygodnie. Powiedział wtedy do niej: „Przecież chodzi o całą resztę naszego życia. To zasługuje chyba na więcej rozwagi. Na to, żeby nie ulegać chwilowym emocjom. Nie wolno decydować aż tak szybko. Nie wolno w ogóle o niczym decydować, póki nie wiemy, czy i jak wiele przez te lata się zmieniło!” Mówił tak, choć już przecież wiedział, że nie zmieniło się nic. A ona milczała z zatulonymi mocno oczami, na piersiach z Piotrusiem, małą ochronną tarczą, z tym samym Piotrusiem, którego po urodzeniu pielęgnował z największą troską jak własnego syna i który rzucił się na niego z pięściami krzycząc: „Ty obcy człowieku!” Trwali tak zupełnie od niego odgrodzeni. Nie był pewny, czy ona cokolwiek słyszy z tej jego mądrej tyrady. Tak dalece nie był tego pewny, że w końcu zdecydował się odejść, mówiąc, że mają czas myśleć aż do następnego spotkania. Wiedział, że to spotkanie nastąpi dziś, na wernisażu Aldonki. Ale Ewa zdążyła tylko coś powiedzieć do Agnieszki, z nim nie zamieniła słowa. Andrzej idzie do siostry.

– Aldonka, dlaczego ona już poszła? – Serce tłucze się niespokojnie.

– Piotruś chory – mówi krótko Aldona.

– Nie wiesz, co mówiła Agnieszce?

– Nie wiem. Sądzę jednak, że zainteresowała się jej stanem.

– Jak to? – Andrzej patrzy nie rozumiejąc.

– Myślę, zauważyła, że Agnieszka w ciąży. Może się chciała co do tego upewnić?

– Agnieszka w ciąży? Co ty pleciesz!

– Udajesz, czy rzeczywiście nie wiesz?

– Przecież to zupełnie niemożliwe – mówi niemal rozśmieszony, a zaraz potem przerażony, że może się myli.

Szuka wzrokiem Agnieszki. Razem z Łukaszem ogląda obrazy po drugiej stronie sali i Andrzej nie dostrzega żadnej zmiany w jej sylwetce. Dopiero kiedy obraca się za Natalką, która puściła rękę matki, żeby pobiec do Leszka, zauważa tę niewielką, charakterystyczną wypukłość. „To niemożliwe! – myśli wbrew temu, co zobaczył. – To zupełnie niemożliwe.” A potem płomień radości. Przecież to nie może być jego dziecko! Więc Agnieszka kogoś ma? Może to Wojtek Paszyński, dawny jej kolega ze studiów, który nadal Agnieszkę odwiedza. Teraz rozumie, dlaczego Agnieszka się przed nim tą ciążą nie chwaliła. Jak prosto, jak zwyczajnie się wszystko rozwiązało. „O mój Złoty Ptaszku! będziemy razem. Z Piotrusiem i z Natalką.” Bo przecież Natalkę zabierze. Rozgląda się za córeczką. Ciemna główka miga wśród barwnego tłumu. Dziewczynka dopada Leszka. Obejmuje go.

– No, no, Natalka – mówi poważnie Leszek wstydząc się nieco tych publicznych czułości. – Chodź do tatusia.

I prowadzi małą wprost do Andrzeja, który ją podnosi i przytula do piersi.

– Nie zostawię cię, córeńko – szepce jej do ucha.

A Natalka podniecona niecodzienną sytuacją, otaczającym ją tłumem, zaczyna się nagle spontanicznie, radośnie śmiać, aż ten dźwięczny śmiech dziecka sprawia, że milkną wszystkie rozmowy, że wszystkie oczy zwracają się na nich dwoje – na Natalkę w objęciach równie radosnego ojca.