Rozdział 22

Profesor Bolesław Wawerski, seksuolog, pojawia się w gmachu telewizji trzy dni po wyborach do parlamentu. Górski poprosił Malesę, żeby znalazł dla wybitnego naukowca trochę czasu i uczestniczył w omówieniu cyklu. Profesor okazuje się człowiekiem, który już samym wyglądem budzi zaufanie. Lat około pięćdziesięciu, o szpakowatej czuprynie i sympatycznym uśmiechu. Podając Benedyktowi rękę obrzuca go wnikliwym spojrzeniem, jak przystało komuś, do czyich codziennych obowiązków należy stawianie trafnych diagnoz.

– Czy pan, dyrektorze, równie jak ja jest zaskoczony wynikami wyborów? I ta niska frekwencja! Pan na kogo głosował? Na Unię? Ja też. Więc obaj zwyciężyliśmy! Możemy sobie wzajemnie pogratulować – uśmiecha się do Malesy. Potem zwraca się nieco w stronę Górskiego: – Jestem panom bardzo wdzięczny za zainteresowanie się przedmiotem mojej specjalności. Niewiedza w tym zakresie, a w związku z tym i powszechnie panująca nietolerancja są przerażające. Nie pomijam żadnej okazji, aby kogo się da i jakim się da sposobem uświadamiać, że istota ludzka z natury jest istotą seksualną, że tak została ukształtowana przez Stwórcę. Bo panowie zapewne się orientujecie, iż wychowanie religijne ma w stanie obecnym swój dość istotny udział. Ale przystąpmy do rzeczy.

Szybko, zwięźle przedstawia własną koncepcję cyklu i nie bardzo dopuszcza do głosu pozostałych. Na prośbę Górskiego obiecuje zaproponować paru swoim pacjentom półanonimowy udział w audycjach (rozmawiając byliby odwróceni tyłem i na ich życzenie podcharakteryzowani). Wypicia kawy odmawia.

– Następnym razem, dyrektorze. Sam się zgłoszę i przypomnę o obiecanym poczęstunku.

Zaraz odchodzi, śpiesząc na wykład.

– Chyba się przyjmie – mówi Górski pocierając w zamyśleniu lewe ucho. Potem podnosi pytający wzrok na Malesę. Malesa kiwa głową. Właśnie zapisuje w kalendarzu, kiedy profesor ma przyjść na nagranie, bo jego obietnicę, że wstąpi na kawę, potraktował serio.

Toteż czuje się rozczarowany i trochę zły, gdy w parę dni później Wawerski po nagraniu pierwszej audycji wcale do niego nie wstępuje. Wysnuwa z tego wniosek, że budzący zaufanie wygląd profesora jest pozorem – jak często bywa – i zauważa, że ostatnio wiele spraw nie idzie najlepiej. Ma tu na myśli pogorszenie się stanu zdrowia matki i to, że Ruta po dwu przypadkach, kiedy naprawdę nie mógł z nią rozmawiać, przestała przychodzić nawet po dyspozycje. Oczywiście może ją w każdej chwili wezwać. Jednak teraz, gdy wie, że wznowiła kontakty z ojcem swojego synka i zauważa, jak jest tym zaabsorbowana, głupio mu i przykro narzucać jej swoje towarzystwo. Trochę z tego powodu cierpi, jak każdy człowiek, którego zostawiono dla kogoś innego. A właściwie bardziej z tego powodu cierpi, niż jest gotów się przyznać. Myśli: „Powinienem nawiązać parę znajomości, utrzymywać więcej kontaktów, gdzieś bywać. Czepiłem się jej i Romana. A teraz? Jej wstyd się narzucać. Romanowi, wiedząc, że jest zdradzany, wstyd patrzeć w twarz”. Właśnie w trakcie tych rozważań przychodzi Ruta. Ona także na próżno czekała, że Benedykt zacznie jej potrzebować. Nie zaczął. Jest z tego powodu mocno naburmuszona.

– Idę już, ale wolałabym wcześniej wiedzieć, czy nie pojawisz się wieczorem, żeby mnie zabrać na przykład na reportaż z nocnego życia Lublina.

Mówi to z lekką pretensją czy przekąsem.

– Owszem. Pojawię się. O siódmej na kolację. Później jedziemy na reportaż z nocnego życia – odpowiada nagle uradowany.

Ruta niespodziewanie się uśmiecha. Wyciąga rękę i delikatnie, czubeczkiem palca, dotyka jego nosa.

– Do zobaczenia, dyrektorze!

Szybko wychodzi, a Benedykt zostaje, zaskoczony jej gestem i swoimi odczuciami z powodu tego gestu, i zaraz zbuntowany. „Pomyliłem się jej z tamtymi!” Zaczyna żałować, że umówił się z nią na reportaż, a do tego jeszcze na kolację. Jak się będzie czuł siedząc z nią i Romanem przy jednym stole? A jednocześnie pod pokrywką niezadowolenia czai się starannie skrywana radość, że znowu będą coś razem robić, razem spędzą kilka godzin.

Na Żmigrodzie pojawia się punkt siódma, z szynką i pomarańczami.

– O! Pomarańcze i szynka! Do ruskich pierogów z ogórkiem będą pasowały znakomicie – mówi Ruta z przesadnie głębokim przekonaniem.

I Benedykt, nie dość że przyniósł produkty, jeszcze ją przeprasza. Zaraz jednak dopadają go dzieci, żeby im obrał pomarańcze – im jest wszystko jedno czy przed pierogami, czy po pierogach – więc zażenowanie Benedykta mija, bo przecież szynkę, jeśli nie dziś, to jutro też zjedzą.

Siadają do kolacji. A potem Ruta pyta:

– Gdzie jedziemy? Bo nie wiem, jak się ubrać.

– Pięknie! Jak przystało na ozdobę małego ekranu.

– Musisz się wygłupiać? – burczy.

Więcej jednak nie dopytuje i po dziesięciu minutach jest gotowa do wyjścia.

– A gdzie sprzęt – pyta Malesy w samochodzie.

– Dzisiaj jedziemy na rozpoznanie – mówi on. – Będziemy szukać tematów godnych naszej kamery.

– Z dość znaczną beztroską dysponujesz moim czasem. „Rozpoznawać” mogłeś sam.

– Niech Nowicka będzie zdyscyplinowana! – upomina ją surowo. A potem już innym tonem: – Tak ci szkoda dla mnie tych paru godzin?

„Nie. Nie jest mi szkoda dla ciebie paru godzin” – odpowiada mu myślą, ale nic nie mówi. I kiedy samochód rusza, przymyka oczy, przypomina sobie wczorajszą wizytę u Marka. Towarzyszy temu odrobina niezadowolenia, że te spotkania nie są źródłem tak silnych emocji, jakich się wcześniej spodziewała. Obecność dzieci zmienia ich charakter, nadaje im specyficzny klimat. A gdyby tam poszła sama? Samochód się zatrzymuje i Ruta otwiera oczy. Dworzec kolejowy.

– Zobaczymy, jak to wygląda – mówi Benedykt.

Wchodzą w ostry, nieprzychylny blask jarzeniówek. Ktoś, kto wymyślił takie oświetlenie, musiał mieć serce jak suszona ulęgałka. Ruta rozgląda się po holu. Jest dość tłoczno. Wieczorem odchodzi kilka pociągów dalekobieżnych. Przy kasach kolejki. Na wprost duża grupa kobiet skupionych wokół pucołowatego księdza. Po lewej kilkoro młodych zajętych leniwym przeżuwaniem gumy zwraca na nich czujne spojrzenia. Pod oknem dziewczynki przeskakują z jednej płyty posadzki na drugą, tam i z powrotem.

– Renata! Anetka! przestańcie – strofuje je bezskutecznie matka. – Rysiek, powiedz im!

– Niech się dzieci bawią – odpowiada łysawy mężczyzna.

Grupka młodych odwraca się, jakby byli zdalnie sterowani, i wychodzi na peron. Dlaczego? Nie wiadomo. Ruta rzuca okiem na Benedykta i dostrzega w nim czujne napięcie jak u skradającego się zwierzęcia. W tym momencie rozlega się z głośników zapowiedź o przyjeździe pociągu. Kobiety porywają bagaże i zaczynają tłoczyć się w drzwiach. Wychodzą za nimi.

I zaraz jest ta scena znana ze wszystkich dworców świata: wjazd pociągu na stację, wysiadanie i wsiadanie pasażerów – według Ruty z zupełnie zbędnym nadmiernym pośpiechem – i po krótkim postoju odjazd. Światła i stukot kół unoszone coraz dalej, giną w mroku.

– Jedziemy – mówi Benedykt, wciąż patrząc za z dawna nieobecnym pociągiem.

Odwraca się i idzie, wcale na nią nie zwracając uwagi. Dochodzi do samochodu, otwiera i wsiada, czeka, aż siądzie obok, rusza. Od razu zbyt szybko.

– To rajd Paryż – Monte Carlo? – pyta Ruta z ironią.

Przyhamowuje – milczący, mało obecny. „Po co on mnie ciągnął? – myśli Ruta. – Wcale nie jestem mu potrzebna.” Zaczyna w niej narastać bunt.

– Gdzie mnie wieziesz? Bez sensu to wszystko!

– Chcesz do domu?

– Myślałam, że będziemy coś razem robili.

Patrzy na jego trzymające kierownicę dłonie. Światła, obok których przejeżdżają, przemieszczają się nieustannie, co sprawia wrażenie, jakby ręce Benedykta żyły odrębnym, własnym życiem. Zaczyna ją to fascynować. Zaraz jednak zatrzymują się, wysiadają.

Wchodzą do klubu „Miraż”, w zdyszany rytm dyskotekowego tańca. Wszystkie stołki przy barze i krzesła przy stolikach zajęte.

– Pozostaje tańczyć – mówi Benedykt. – Można cię prosić?

Zaskakuje ją. Nie myślała, że on zechce, że potrafi tańczyć. Okazuje się – potrafi. Okazuje się – tańczy świetnie. Uśmiecha się do niej trochę łobuzersko i Rucie od tego tańca i od ciepłego uśmiechu Benedykta robi się nagle zupełnie beztrosko i wesoło.

– Dość! – mówi po trzecim tańcu. – Teraz pić!

Próbują przedostać się do bufetu. Benedyktowi udaje się kupić nad głowami pijących dwie butelki pepsi.

– Chyba lepiej pić z butelek niźli z tych nie domytych szklanek.

Przepychający się obok młodzieniec mocno potrąca Rutę. Benedykt chwyta go za łokieć.

– Potrąciłeś panią. Przeproś! – mówi chłodno a dobitnie.

Tamten błyskawicznie się obraca. Z dłoni wyskakuje lśniące ostrze. Ruta chwyta go za przegub, zanim Benedykt spostrzegł nóż. Chłopak rzuca na Rutę okiem i nagle się rozpromienia. Ostrze znika, jakby go nigdy nie było.

– To pani! Przepraszam, jeśli potrąciłem w tym tłoku.

– Nie szkodzi – mówi Ruta z uśmiechem.

– Jak się pani u nas podoba? – pyta tamten.

– Nie bardzo. Nie ma gdzie usiąść, a trochę się zmęczyłam.

– Zapraszam do naszego stolika, ale bez tego drętwego – to pod adresem Benedykta.

– Nie mogę go zostawić. To mój dyrektor.

– Aha! – mówi chłopak pełen zrozumienia. – Zaraz coś poradzimy. Chodźcie.

Z trzech razem zestawionych stolików odstępują im jeden i dwa krzesła. Dziewczyny siadają na kolanach chłopców.

– Serdecznie dziękujemy!

Benedykt wyciąga do tamtego rękę.

– Nie ma sprawy – odpowiada uprzejmie.

– Skoro dzięki twojej sławie zdobyliśmy stolik, moim obowiązkiem jest go czymś zapełnić – mówi Benedykt i odchodzi.

– Zatańczy pani ze mną? – pyta chłopak.

– Nie chciałabym stracić stolika.

– Agata przypilnuje.

Idą na parkiet i kiedy Benedykt wraca, z dwoma talerzykami w dłoniach i dwoma kolejnymi butelkami pepsi pod pachami, zastaje przy stoliku szczuplutką blondynkę uczesaną w sześć śmiesznych warkoczyków. Na zaskoczoną minę Benedykta mówi:

– Widzi pan, jakie są kobiety? Zobaczyła młodszego i zaraz poleciała. Ja to lubię rudych!

Patrzy kpiąco i najwyraźniej czeka na jego reakcję. Benedykt stawia na stoliku, co przyniósł, i siada. Przygląda się jej badawczo, chłodno, aż dziewczyna trochę speszona pyta zuchwale:

– No! Co pan tak patrzy?

– Zastanawiam się, czy lubię chude i bezczelne. – Potem dodaje: – Może nawet tak.

Pokazuje mu język, wstaje i odchodzi do swojego stolika, ostentacyjnie kręcąc tyłeczkiem w dżinsowej spódniczce mini.

Po chwili wraca Ruta, zdyszana, wyraźnie ożywiona. Chłopak dziękuje jej za taniec całując dłoń. A ona nie zwraca uwagi na niezadowoloną minę Benedykta, siada i bierze do ręki butelkę.

– Oni przychodzą na każdą dyskotekę. Jeśli będziemy tu kręcić, zastaniemy ich. Należy się im za ten stolik.

– I oczywiście za ten taniec – mówi z przekąsem Malesa.

– Nie rozśmieszaj mnie!

– Bo co?

Jednocześnie parskają śmiechem. Potem pojadają sałatkę jarzynową z jajkiem i plasterkami szynki i wystukują sztućcami rytm na talerzach i krawędzi stolika.

– Zatańczymy? – pyta Benedykt.

Tańczą i Rucie robi się znowu nieprawdopodobnie radośnie. Tak – dawno już nie było. Jest caluteńka przepełniona śmiechem i wolą szybkiego rytmicznego ruchu. Jak dobrze, że można tak beztrosko poskakać! Wracają. Do tamtych zbliża się jakiś chłopak, rzuca dwa słowa i całe towarzystwo bezszmerowo wychodzi. Stolik zaraz zostaje zajęty. W pulsujących barwnych światłach ręce Benedykta znowu zaczynają żyć własnym życiem. Ruta obserwuje je z uwagą i nabiera ochoty, żeby je potrzymać i sprawdzić, czy rozpoznane przez nią dotykiem stracą swoją tajemniczą odrębność.

– Daj ręce! – mówi rozkazująco głosem trochę złym, trochę obcym, czego on, być może, w gwarze i przy muzyce nie zauważa.

Nieco zdziwiony jej życzeniem wyciąga ręce. Ruta przygląda się uważnie trzymanym dłoniom – dość wąskim, o długich, szczupłych palcach, na wierzchu z pewną ilością delikatnych rudych włosków – potem je przekręca. Pulsujące światła sprawiają, że ich wnętrze to wyłania się z mroku, to zapada w cień i Ruta, patrząc na te jakby coś do niej mówiące dłonie, bez żadnej właściwie przyczyny, zupełnie nagle, doznaje przypływu gwałtownego pożądania, czuje w sobie wilgoć i czczość, przestraszona odtrąca je – zdumiona, zaskoczona. Pierwszy raz w życiu doznała takich odczuć. Przełyka głośno ślinę, odwraca twarz. Dostrzega ratunek. Paula i Bartek Poroch już ich zauważyli, idą w ich kierunku.

– A tych skąd diabli niosą – cedzi przez zęby Benedykt.

Ruta natomiast wita ich z radością. Bartek zdobywa gdzieś krzesła i idzie do bufetu. Benedykt wyraźnie niezadowolony z ich przyjścia, prosi Rutę do tańca. Ona jednak, spłoszona niedawnym przeżyciem, odmawia. Mówi:

– Zatańcz z Paulą. Ona świetnie tańczy.

I Paula już wstaje chętna, więc Benedyktowi nic nie pozostaje, jak pójść za nią na parkiet. Ruta może swobodniej odetchnąć. Uprzytomnia sobie, że przyczyna tego, co tak niespodziewanie się jej przydarzyło jest zupełnie prosta. Zajęta spotkaniami z Markiem, od jakiegoś już czasu unikała Romana i jej ciało widocznie zaczęło się buntować. Przypomniało o swoich potrzebach w taki przewrotny sposób. Odpręża się, a nawet rozśmiesza ją, że doznała tych odczuć nie z powodu Marka czy Romana, ale właśnie Benedykta. W ten sposób uprzytomnia sobie absolutną jednostronność ludzkich odczuć. Zdumiewa ją to. Nie podejrzewała tak daleko posuniętej ich rozbieżności. Zawsze się jej wydawało, że uczucia są jak magnes, przyciągają się wzajemnie. Nie pamiętała o tych licznych, znanych choćby z literatury, przypadkach uczuć jednostronnych – jednostronnej miłości, jednostronnego pożądania, jednostronnej nienawiści. W każdym razie, gdy Bartek, a potem tamtych dwoje wracają, Ruta jest już spokojna, odblokowana, znowu może się do Benedykta uśmiechnąć.

Zabierają się do jedzenia i w pewnym momencie Benedykt cofa nieco krzesło, a potem mówi do Pauli z lekką dezaprobatą:

– Taka piękna kobieta i nie zaspokojona?

– Cham! – ripostuje Paula.

– Ruta – Benedykt zwraca się w jej kierunku – czy ja jestem cham?

– Ach nie, Benedykcie. Z pewnością nie. Jesteś znakomicie wychowany. Wprost dżentelmen. Chyba już pójdziemy, co?

Żegnają się i wychodzą. Dopiero w samochodzie Benedykt mówi:

– Nie cierpię, jak się baba do mnie klei!

I Ruta znowu czuje się głupio, bo może tylko przez grzeczność Benedykt nie zabrał jej rąk. A jeśli on jakoś wyczuł jej stan? Na samą myśl robi się jej gorąco. Odwraca twarz.

Gdy wraca do domu, Roman pyta:

– Udało się wam?

Ruta podchodzi, przytula policzek do twarzy męża.

– Uda się nam? – pyta szeptem.

– Och! Moje zieloniutkie!

Wyzwala się ostrożnie z jego ramion.

– Zaraz przyjdę do ciebie. Nie jest nadymione? Przewietrzyłeś?

Stojąc pod prysznicem próbuje odnaleźć w sobie tamtą niespodziewaną chęć. Nie odnajduje ani jej siły, ani spontaniczności. Jest jednak pewna, że za przyczyną Romana dozna porcji rozkoszy, która w pełni zaspokoi potrzeby jej ciała. Zaniepokojona tym, co ją spotkało, chce rozkoszy z Romanem zażyć jak lekarstwa i nie zauważa perwersji sytuacji, kiedy to oczekując w napięciu na wznowienie intymnych kontaktów z Markiem – co do czego nie podjęła jeszcze właściwie decyzji – zareagowała silnie na bliskość Benedykta, żeby znaleźć odprężenie w ramionach męża.