Rozdział 26

Budzi ją zamknięcie drzwi za wychodzącymi Romanem i Bogną. Mareczek jeszcze śpi, uśmiecha się przez sen. Ruta może wrócić wyobraźnią do wczorajszego wydarzenia. Tym razem trudno zasłaniać się czymś, co nie ma związku z Benedyktem. Zdecydowanie on był obiektem jej pragnień. Pragnień niezwykle intensywnych. „Chyba jestem nienormalna!” – myśli. Już samo to, że zapragnęła homoseksualisty, wydaje się jej przejawem dewiacji. Z pewną ostrożnością przypomina sobie moment, gdy siedziała z jego głową na kolanach, z jego dłońmi na biodrach i szczęśliwie nie odnajduje wczorajszych emocji. Może to tylko taki śmieszny jednorazowy przypadek i nie ma się czym przejmować.

W ośrodku jest o wpół do dziewiątej. W sekretariacie podenerwowana Małgosia pyta ją szeptem, czy przypadkiem nie wie, co z dyrektorem. Był umówiony na ósmą z kimś ważnym i nie pojawił się.

– Nic nie wiem. Skąd bym miała wiedzieć?

– Radziszewski mówił, że rozmawialiście wieczorem po nagraniu.

– Pokazał mi scenopis i poszłam. Pewnie zaraz przyjedzie.

Idzie nagrywać komentarz do „karnawałowej poczty” i po godzinie dowiaduje się, że Górski, którego w końcu wysłano po Malesę wrócił z wieścią, iż dyrektor w domu nie nocował.

– Może sam wypisał sobie delegację. Niech pani zobaczy.

– Już sprawdzałam – odpowiada Małgosia.

– Widocznie znalazł coś jeszcze atrakcyjniejszego niż nasze koleżanki – pokpiwa Koter.

– Idziemy do roboty. Nie ma co stać. Jeszcze za wcześnie na panikę – mówi Górski. – Może gdzieś po drodze maluch mu się rozkraczył i zaciągnął go do warsztatu.

To jakoś wszystkich uspokaja. Dość szybko się rozchodzą. Natomiast Ruta nadal niespokojna. Czy nieobecność Benedykta nie jest związana z wczorajszym wydarzeniem? Chyba nie. Mógł jednak ulec wypadkowi i leży gdzieś w szpitalu. Trzeba by zadzwonić na pogotowie, na policję. Choć może rzeczywiście jeszcze na to za wcześnie. Wraca myśl, że to przez nią. Nie udzieliła mu wsparcia, którego potrzebował. Wsiadł do samochodu rozstrojony… A jeśli pił? Mogła go zatrzymać policja i zabiorą mu prawo jazdy.

Wreszcie czas do domu. Narzuca skafander i wychodzi na zewnątrz. Pod ośrodek podjeżdża srebrzysta toyota. Benedykt przez chwilę rozmawia z kierowcą. Potem nagle odwraca głowę, dostrzega ją, wysiada, wbiega po schodach.

– Cześć – mówi do niej. – Coś się stało?

– Nic takiego. Zaginął dyrektor ośrodka. Zresztą, być może, już się odnalazł. Do widzenia!

Schodzi na dół. Po drodze rzuca okiem na kierowcę toyoty, obserwującego ją uważnie szczupłego blondyna, wymija go. Wtedy samochód cicho i od razu prędko rusza, oddala się i znika za zakrętem.

O siedemnastej niespodziewanie pojawia się na Żmigrodzie Benedykt.

– Chciałaś, żebym cię zabrał do kina.

– Na „Podwójne życie Weroniki”?

– No tak. Mam zaproszenia dla dwu osób na premierę. Ubieraj się.

A kiedy po chwili jadą, Ruta pyta niby mimochodem:

– Co to za facet podwiózł cię dzisiaj do ośrodka?

– Nie mam pojęcia! Nie mogłem skorzystać z własnego samochodu, więc mnie podwiózł.

Benedykt nie skłamał. Rzeczywiście nie ma pojęcia, kim jest ów chłopak przedstawiony mu przez Agatę imieniem Miriam, jeżdżący srebrzystą toyotą, mieszkający w willi na peryferiach miasta, sypiający na tapczanie, gdzie po przebudzeniu widzi się wyraźnie rozległość nieba.

Tak Benedykt je zobaczył, gdy już za dnia otworzył oczy. Było po jedenastej i dawno diabli wzięli jego umówione na ósmą „bardzo ważne spotkanie”.

– Nie wspomniałeś, żeby cię budzić – uśmiechnął się tamten.

Siedział przy biurku ubrany, wyświeżony i pisał. Spojrzał na Benedykta bez wczorajszej ironii, z życzliwością. Benedykt, który przestraszony późną porą gwałtownie się poderwał, opadł z powrotem na poduszkę i zapatrzył się w to widziane przez okno ogromne niebo. Próbował przypomnieć sobie dokładniej poprzedni wieczór. Pamiętał koniak i zapalczywą dyskusję na temat granic wolności. Miał kaca. Wpatrywał się w gołębioszare niebo i jedynym jego pragnieniem było, żeby tak trwać. Napłynął skądś nieduży postrzępiony obłok. Przesuwał się bardzo wolno, jakby niezdecydowany co do kierunku dalszej wędrówki. Nie można było się zorientować, w którą płynie stronę. „To tak jak ja” – pomyślał. Usłyszał, że tamten wstał. Po chwili podszedł do tapczanu z filiżanką kawy – zapachniało. Malesa nagle się przestraszył, że usiądzie obok. Na szczęście nie. Postawił tylko filiżankę i odszedł. Benedykt poczuł dla niego wdzięczność. Jeszcze przez chwilę leżał nieruchomo. Gdy się podniósł, by wypić kawę, zauważył własną nagość i zmieszał się, przypomniał sobie jaskrawo cel wizyty. Nie pamiętał jednak chwili zbliżenia. Teraz już szybko narzucił bieliznę i ubranie. Chciał stąd jak najszybciej wyjść. Z tego luksusu, w którym czuł się intruzem. Od tego chłopaka, w którym od pierwszej chwili wyczuwał jakąś nad sobą przewagę. Odmówił zjedzenia śniadania wymawiając się pośpiechem.

– W takim razie, odwiozę cię – powiedział Miriam.

Samochód stał tak, jak go zostawili. Malesa nie miał czasu ani okazji, choćby rzucić okiem na tabliczkę z nazwą ulicy i nazwiskiem właściciela posesji.

– Piękny dom – bąknął zdawkowo.

– Nie z moich dochodów – zastrzegł żartobliwie chłopak. – To mój stary pasjonuje się robieniem wielkich pieniędzy. Zapytał czego chcę, a ja zażyczyłem sobie bardzo dużego okna.

Wtedy Benedykt sobie uprzytomnił, że nie zapłacił umówionej należności. Zrobiło mu się głupio. Postanowił jednak zaczekać z tym, aż staną. Poprosił, żeby jechać pod ośrodek, zbliżało się wpół do pierwszej.

– Naprawdę pracujesz w telewizji? Agata wspomniała.

– Naprawdę.

Chciał zapytać „A ty?” – ale krępował się o cokolwiek pytać. Dopiero pod ośrodkiem wyjął portfel.

– Pozwolisz uregulować dług?

– Daj spokój. Chciałem się tylko przekonać, czy jestem dla ciebie wart pół miliona. Usługa zresztą nie nastąpiła. Zmógł nas alkohol.

Benedykt poczuł wyraźną ulgę, powiedział:

– Zawarliśmy umowę.

I wtedy Miriam, który widocznie coś spostrzegł za plecami Benedykta, wskazując kierunek lekkim ruchem głowy, rzucił:

– Kup za to dla niej kwiaty.

Benedykt się odwrócił. Na górnym podeście schodów, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami stała Ruta. Poczuł się jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku. Rzucił tamtemu: „Dziękuję ci! Cześć!” Wbiegł po schodach. Ruta miała twarz „skrzywdzoną” i tym bardziej zrobiło mu się głupio. Dopiero niedawno przyrzekał sobie przy grobie matki, że nie będzie Ruty unikał, uciekał przed coraz silniej opanowującym go uczuciem, a przecież cała wczorajsza wyprawa była nie czym innym – tylko ucieczką.

Zaraz wpadł w wir bieżących spraw. Potem w korespondencji odkrył zaproszenie na dzisiejszą premierę i postanowił wynagrodzić Rucie (sobie?) niedawną „zdradę”. Pomyślał, że dzieło Kieślowskiego obejrzy z zainteresowaniem. Pamięta wszystkie filmy tego reżysera. Początek wcale nie zapowiadał „Dekalogu”. Teraz Kieślowski jest już twórcą dojrzałym, prezentującym swój własny, niepowtarzalny styl. Odrobina zazdrości! Ugrzązł w telewizji. Za późno, żeby to zmienić. Wbrew tym myślom Benedykt przeczuwał, że w jego życiu zapowiada się na wielkie zmiany. Jeśli sprzeda mieszkanie matki, czy będzie mógł kupić coś w Lublinie? Ta nadzieja na własne mieszkanie jakoś łączyła się z Rutą, ale Benedykt udawał, że wcale nie. Za właściwsze uznał łączyć z Rutą willę podobną do tej z holem wyłożonym jesionową boazerią, z ogromnym oknem i łazienką pełną dyskretnego błękitu. Obie były tak mało realne, że aż świetnie do siebie przystały – marzenia. Zaklinać w obrazy nieprawdopodobieństwo! A przecież nie było marzeniem, że trzymał głowę na kolanach Ruty, a dłonie na jej biodrach, że jej lekko drżące palce pieściły jego włosy i twarz, że odnalazł ustami pod tkaniną ciepło jej ud. To wszystko było! realne! Przeraził się. Jeszcze raz spróbował uciec. Ucieczka mało się powiodła. Pomimo to czuł się wobec Ruty winny. Przyjechał zabrać ją do kina.

Siedzi obok niej patrząc na film, świadomy jej bliskiej obecności. Mocno mu tętnią skronie. „Ruta! Ruta!” – przywołuje ją w tym samym rytmie. Jest to wołanie na wpół abstrakcyjne – mało konkretne i trochę bolesne. Wie, to dopiero początek. Będzie bolało więcej i więcej. Boi się tego bólu, a jednocześnie go pragnie. Coś się w nim przełamało. Jest gotowy przyjąć uczucie z całym jego bagażem – szczęściem i nieszczęściem. I zaraz tego nieszczęścia doświadcza. Gdy wychodzą, Rucie nagle zmienia się twarz. Benedykt odwraca głowę. To tamten, ojciec jej synka w towarzystwie pięknej blondynki w czerni. Kłania się Rucie wyraźnie zmieszany, z kolei i jego obrzuca szybkim, lustrującym spojrzeniem.

Przez całą drogę Ruta milczy. Dopiero wysiadając mówi „dziękuję” – nic więcej. Prędko odchodzi, znika za drzwiami.

Benedykt odjeżdża. Przychodzi mu zaraz na myśl, że owo spotkanie w kinie można postrzegać jako pozytywne. Może Ruta przestała się z tamtym widywać i on znalazł sobie inną? Albo odwrotnie. Znalazł sobie inną i Ruta już nie chce się z nim widywać – Ruta cierpi. Każdy z tych wariantów dla niego, Benedykta, jest korzystny. Istnienie Romana od początku zaakceptował. Istnienia tamtego od początku nie mógł znieść. Znajomość z Rutą trwa już prawie rok. Zaraz. Pierwszy raz spotkali się u jej siostry. To było w lutym. Trzy dni przed konkursem na spikerkę, więc czternastego. Jutro rocznica. Okazja, żeby za te nie przyjęte rano pieniądze kupić jej czternaście róż. Czy Ruta pamięta? Może tak. A może nie. Jeśli nie, to przypomni jej o rocznicy bukiet z czternastu bardzo czerwonych róż.

***

Co do jednego Benedykt się nie pomylił. Ruta cierpi.

Wszystko zaczęło się od kpiarskiej uwagi Kotera: „Widocznie znalazł coś atrakcyjniejszego”. Obok różnorodnych obaw o Benedykta i ta możliwość zakodowała się w jej pamięci. A gdy zobaczyła Malesę wysiadającego ze srebrnej toyoty, podejrzenie wychynęło jak diabełek. Ruta spróbowała się opanować, żeby Benedykt niczego po niej nie zauważył, zbiegła szybko na dół. Tamten oczy miał bezczelne i ironiczny uśmiech – tak go spostrzegła. Poczuła się boleśnie dotknięta. Prysnęły jak bańka mydlana snute nocą marzenia. Wczorajsza chwila zbliżenia, która dla niej była czymś ważnym, dla Benedykta okazała się niczym. Podniósł głowę z jej kolan i pojechał do kochanka. A więc pretensja, która po kilku godzinach przeradza się w bunt i gdy Benedykt przyjeżdża, aby zabrać ją do kina, Ruta jest gotowa stawić mu czoło. Pyta: „Co to za facet cię podwiózł?” Czy otrzymana odpowiedź powinna ją uspokoić? Pewnie powinna. Nie uspokaja. Zazdrość jest uporczywą i groźną chorobą. Może też swoje podpowiada Rucie intuicja. Siedząc obok Benedykta w kinie, pełna jest żalu i pretensji. Identyfikuje się z bohaterką i jednocześnie od niej dystansuje. A przecież wystarczyłoby, gdyby ujął jej rękę, przytrzymał w swojej dłoni. Benedykt jednak siedzi obok sztywno, jakby jej wcale nie było. Uważnie zapatrzony w ekran – pewnie po wyjściu zacznie Kieślowskiemu wytykać jakieś profesjonalne błędy. I Ruta postanawia, że wtedy mu powie: „Zamknij się!” Tak właśnie mu powie – głośno, ze złością, dobitnie – chce go dotknąć, obrazić, jakoś się na nim zemścić. Ten zamiar uspokaja ją. Może uważniej śledzić dzieje Weroniki.

A potem, niespodziewanie, Marek u boku Ewy. Ukłon. Ruta widzi, jak mu głupio. Przynajmniej tyle satysfakcji, bo reszta znowu jest jedną wielką obrazą. Była u niego zaledwie wczoraj. Mógł choć zapytać: „Nie poszłabyś?” Po co miał pytać ją, skoro umówił się z Ewą. Czy to znaczy, że karkołomna decyzja, by chodzić do niego z Bogną na lekcje, była zbędna? Zwycięży tamta? Dwukrotnie być zdradzoną jednego dnia! – to zbyt wiele.

A następnego, w sobotę, Benedykt przyjeżdża z ogromnym bukietem róż.

– Z okazji rocznicy naszego poznania – mówi uśmiechając się do jej absolutnego zaskoczenia.

– W mowie kwiatów czerwone róże coś tam znaczą. Chyba nie powinienem ci pozwolić na obdarzanie żony takim bukietem – robi uwagę Roman.

– Kwiaty jak kwiaty. Nie znam się na mowie kwiatów – zbywa go Benedykt, częściowo dyskredytując własny podarunek.

Na szczęście Ruta wyszła wstawić róże do wazonu i tego nie usłyszała, bo mogłaby uwierzyć kłamliwemu zapewnieniu Benedykta.

Zaczyna być troszkę lepiej. Zanim Benedykt wyjdzie, prosi Rutę, żeby pojechała z nim na poniedziałek i wtorek do Kazimierza, gdzie będą się odbywały obrady kongresu kardiologów i warto coś z tego nakręcić.

– Ja wiem – mówi – że w poniedziałki chodzisz z Bogną na lekcje, ale proszę cię, ten jeden raz, bo się obawiam, że organizatorzy nie zdecydują się przesunąć z tego powodu obrad.

Patrzy błagalnie, nie podejrzewając, jak bardzo jest to Rucie na rękę. Świetnie! Na najbliższą lekcję po prostu nie pójdą. Nie zamierza Marka o tym powiadomić. Niech czeka. Albo oni, albo Ewa. Musi to dokładnie zrozumieć.

***

W poniedziałek po południu Bogna urządza ojcu wielką scenę. Łzy jak groch sypią się jej z oczu.

– No to co, że mamusia musiała pojechać! Możesz z nami iść ty! Chodź, tatuśku, to całkiem blisko. No chodź!

Mareczek obłapia mu nogi.

– Oć, tati, oć!

W końcu Roman myśli: „Dlaczego by nie. Zobaczę, jak to wygląda”.

Mimo późno podjętej decyzji przychodzą na Królewską zaledwie kwadrans po piątej. Na drzwiach wizytówka: „Marek Wójcik”. Brzmi to znajomo, ale w pierwszej chwili z niczym się Romanowi nie kojarzy. Drzwi otwiera mężczyzna, który także ma już gdzieś widzianą twarz.

– Przepraszam – mówi Roman – żona wyjechała, więc pozwoliłem sobie przyjść z Bogną. Córka mi oświadczyła, że absolutnie nie może opuścić lekcji – mówi to żartobliwie, z uśmiechem, bo widzi, że tamten jest zaskoczony.

– Proszę bardzo. Bogna to moja najpilniejsza uczennica.

– Pusik? – pyta chłopczyk.

– Czeka na ciebie, Mareczku – mówi tamten. – Proszę wejść.

Potem już wszystko przebiega jak zwykle. Mareczek z kotkiem na jednym fotelu, Roman na drugim, a Marek z Bogną przy fortepianie.

Roman dyskretnie się rozgląda. Nic dziwnego, że Bogna już w czasie pierwszej bytności zwróciła uwagę na portret. Jest ogromny i bardzo piękny. Wnętrze rozległe, a przez to trochę puste. To nie zarzut – rozległość przydaje mu dostojeństwa. Nieprzyjemny jest tylko odgłos bezustannego ruchu pojazdów na Królewskiej, ale mieszkając tu, chyba można się do tego przyzwyczaić. Roman obserwuje tamtego i stwierdza, że jest to mężczyzna wyjątkowo przystojny. Drgnięcie niepokoju. Marek Wójcik. To Paula mu mówiła, że kiedy był z Bogną u matki, spotkała Rutę na wernisażu w BWA z Markiem Wójcikiem. Wspomniał też o nim brat Marty Sawickiej. To znaczy, że dla Ruty nie jest to zupełnie świeża znajomość. Potem myśli, że Ruta mogła się natknąć na Marka w BWA zupełnie przypadkowo i złośliwy komentarz Pauli był bezpodstawny. Zna Paulę. Wie, nie pominie żadnej okazji, żeby wsadzić komuś szpilkę. W pewnym momencie Marek unosi głowę i Roman przypomina sobie tę twarz. To on zadzwonił któregoś dnia do drzwi. Szukał pani Wandy. Jest to więc znajomy Lubickiej i pewnie przez nią Ruta go poznała. Wcale nie u Lidki. Choć jedno drugiego nie wyklucza.

Bogna kończy lekcję, przybiega do ojca.

– Dobrze grałam, tatuśku?

Roman się podnosi.

– Jeszcze chwila – mówi tamten. – Po siostrze zawsze trochę gra Marek.

Chłopczyk już gramoli się na jego kolana.

Dopiero gdy tak siedzą razem, Roman dostrzega ich niezwykłe podobieństwo – nawet ślepy by je zauważył – odkrywa, iż wrażenie, że zna tamtego człowieka, to było nie tylko wspomnienie jego twarzy, gdy stał pod drzwiami, ale także to samo co u Mareczka przechylenie głowy, ta sama budowa czaszki, zarys czoła, uśmiech. O! Boże. Nie sposób mieć wątpliwości. Roman siedzi jak porażony. Na szczęście dzieci się upierają, że muszą jeszcze napoić kota mlekiem i wychodzą razem z tamtym do kuchni.

Musi w końcu wstać i sam się sobie dziwi, że mu się udało. Już w przedpokoju, ubrany, mówi do Marka:

– Żona zapewne na bieżąco reguluje należności.

Głos ma zmieniony i Marek rzuca na niego szybkie, badawcze spojrzenie.

– Pańska żona nie ma wobec mnie żadnych zobowiązań – odpowiada dość cicho i otwiera przed nimi drzwi.

Roman idzie zupełnie mechanicznie, prowadząc dzieci za ręce. Krok za krokiem – zupełnie mechanicznie – jak raz puszczony w ruch automat. W domu zostawia dzieci same, zamyka się w swoim pokoju, zapala papierosa i łapczywie się zaciąga, patrzy w ciemniejące okno. Potem idzie do Lubickiej.

– Pani Wando, czy może pani dać dzieciom kolację? Muszę koniecznie na pół godziny wyjść.

Roman wraca na Królewską i Marek otwiera mu drzwi. Nie jest zaskoczony. Już kiedy wychodzili, zrozumiał, że mąż Ruty odkrył prawdę. A Roman twarz ma pobladłą, skrzywioną bolesnym grymasem. Podnosi pięści i uderza. Głowa Marka głucho obija się o ścianę. Gdyby Marek choć próbował obrony. Ale on stoi nieruchomo, nieco oszołomiony ciosami, ze strużką krwi spływającą powoli z nosa, przez usta, na brodę i patrzy Romanowi w twarz. Niechby podniósł pięści i walczył jak mężczyzna! Ale on ani nie zamierza się bronić, ani ukorzyć. Ta jego postawa deprymuje Romana, opuszcza pięści. Patrząc na tamtego z nienawiścią, cedzi przez zęby:

– Raz na zawsze odczep się od mojej żony i od moich dzieci. Rozumiesz! Raz na zawsze!

***

Ruta wraca z Kazimierza następnego dnia przed jedenastą. Korzysta, że jest w domu wcześniej niż zwykle, zabiera się za pranie. Pobyt w Kazimierzu okazał się ciekawy, ale nużący. Dopiero przed samym wyjazdem wyszli nad Wisłę.

– Pamiętasz? – uśmiechnęła się Ruta. – Bardzo chciałam posmarować cię wtedy olejkiem z przodu.

Benedykt stał zapatrzony w lot mew.

– Bardzo wtedy chciałem, żebyś mnie posmarowała olejkiem i z przodu.

Wracali do Lublina. Ruta zaskoczona wyznaniem Benedykta milczała, póki sobie nie uzmysłowiła, że to właściwie nic nie znaczy. Ot, chlapnęła niepotrzebnie o tych swoich chęciach, a on poczuł się zobowiązany do rewanżu. Rzuciła kilka obojętnych uwag na temat kongresu, potem westchnęła:

– Zdaje się, że co najmniej przez kilka dni będę nasłuchiwała, co tam wyprawia moje serce.

– Pewnie i mnie grozi to samo – stwierdził Benedykt.

Mareczek, widocznie w obawie, żeby matka znowu mu się gdzieś nie zapodziała, nie odstępuje Ruty na krok – za nią do łazienki, za nią do kuchni. Bo to jednocześnie i pranie, i gotowanie. Roman z Bogną przychodzą o piętnastej. Można podać obiad. Potem idą na strych, wieszać bieliznę. Jeszcze tylko zmywanie. W trakcie zmywania przychodzi do kuchni Roman, który wcześniej na chwilę, pewnie na papierosa, zaszył się w swoim pokoju. Mówi:

– Wczoraj Bogna wymusiła, żebym poszedł z nią na lekcję muzyki.

– No cóż! Skoro jej na to pozwoliłeś…

– Bogna już tam więcej nie pójdzie.

Ruta uporczywie szoruje myjką zaschnięty garnek.

– I jak jej to wyjaśnisz?

– Ot! Pan Wójcik nagle wyjechał. Od września, jeśli ją przyjmą, zacznie chodzić do szkoły muzycznej.

– To jest wyjście. Ale powiesz jej o tym sam.

– Ruta! – mówi Roman po chwili i z pewnym trudem. – Zostawiłem tu dzieci z panią Wandą i wróciłem na Królewską.

– No i…?

– Jak przystało na chama z prowincji, sprałem go po gębie i powiedziałem, żeby raz na zawsze odczepił się od mojej żony i od moich dzieci.

Ruta kończy szorować garnek. Starannie go płucze. Potem się obraca.

– Nie było to fortunne – mówi – ani sprawiedliwe. Ale ty – skąd byś miał o tym wiedzieć?