14

Noc za nocą spędza bez snu. Leży z szeroko otwartymi oczami i obserwuje dzianie się w mroku. Po ścianach, po sprzętach wciąż chodzą, wciąż się przesuwają jasne smugi. Reflektory przejeżdżających samochodów omiatają wnętrze. Światła z okien sąsiedniego bloku stopniowo wygasają i każde ich zgaszenie bądź zapalenie zmienia w pokoju układ cieni. A potem któregoś dnia na bezchmurnym niebie pojawia się cieniutki złoty nów. Lustro w secesyjnej ramie powiela mikroświat pokoju, każdej kolejnej nocy coraz bardziej nasycony zimnym ironicznym blaskiem większego i większego księżyca. Nic z tego nie jest dla niej nowe. Po prostu wróciła znowu w dobrze znane miejsca.

Po raz pierwszy bezsenność zamknęła ją w ramionach po śmierci Kasi. Kołysała leżącą w pościeli mokrej od gorzkich, bolesnych łez. Samą, bo nie chciała się zgodzić, żeby Zygmunt był z nią. Potem odeszła do jakichś swoich pilniejszych spraw i wróciła dopiero po wyjeździe Zygmunta. Tym razem towarzyszył jej gniew i pogarda. „Zdrajco! – mówiła do tego nieobecnego. – Zdradziłeś, więc mam prawo nazywać cię zdrajcą.” Niewiele wtedy było łez. Nie warto płakać po kimś, kim się gardzi. Łzy przyszły dopiero później, gdy znalazła się bez niego na roztoczańskim szlaku i każdy odcinek drogi, każdy zakręt był nowym wspomnieniem.

Teraz też nie ma łez. Jest zupełnie spokojna. Zygmunt? Tomasz? Daleka jest od nich myślą. Jeżeli cofa się we wspomnienia, to o wiele dalej. Wspomina rodzinny dom.

Oboje rodzice byli lekarzami. Ojciec chirurgiem, matka kardiologiem. Oboje pracowali w klinice Akademii Medycznej. Ich bezustanne rozmowy o sprawach zawodowych, od których nie byli w stanie się oderwać, ich specjalizacje, doktoraty, habilitacje, zrobiły z domu coś pośredniego między poradnią lekarską a instytutem naukowym. Ewa uciekła w końcu od tego w historię sztuki, w turystykę, byle dalej od medycyny. Kiedy wystąpiła ze swoim szczeniackim protestem, rodzice popatrzyli na nią jak na okaz zoologiczny, zdumieni, skąd im się wzięła taka córka. Sami wychowani przez ojców lekarzy, być może spodziewali się, że ich jedyna latorośl także umiłuje ten zawód. Ale widocznie nastąpiło tu jakieś przesycenie medycyną, bo czwarte pokolenie (jako że i pradziad Kwiatkowski był lekarzem) nagle zaprotestowało i odżegnało się od rodzinnych tradycji. Może póki tylko ojcowie uprawiali ten piękny zawód, było to dla dzieci jeszcze strawne. Dwu lekarzy w domu – to przerosło psychiczną wytrzymałość Ewy. Teraz, kiedy oboje już nie żyją, wydają się jej postaciami nieprzeciętnymi. Ojciec o czystym sercu i rękach wirtuoza, który w rok po jej urodzeniu został uwięziony, bo na jego oddziale zmarł pewien wysoko postawiony pracownik Urzędu Bezpieczeństwa. Nie znała szczegołów. Nigdy o tym w domu nie mówiono. Ojciec wrócił w pięćdziesiątym siódmym z twarzą białą jak papier, zupełnie jej nie znany mityczny ojciec, położył rękę na głowie córeczki, a ona, maleńka, bała się rozpłakać, aby nie naruszyć trwającej wielkiej ciszy. Matka, piękna wieczniezajęta matka, także stała bez słowa. Czasem Ewie się zdaje, że w tym momencie nauczyła się milczeć. Babcię Anielę, która nigdy się nie uśmiechała, pamięta jako kobietę o srebrnych włosach. Dziadka Józefa nie znała. Zginął opatrując rannych w szpitalu polowym w 44 roku. Zginął na oczach żony – sanitariuszki. Wreszcie dom babci Eweliny i dziadka Antoniego Kwiatkowskich. Pełen tajemniczych zakamarków, pięknych przedmiotów, starych mebli i obrazów. Każde odwiedziny w tym domu były dla Ewy w dzieciństwie wielkim przeżyciem. A po aresztowaniu ojca często tam była zostawiana i nawiązał się wtedy między nią i babcią serdeczny kontakt, który przetrwał aż do śmierci starszej pani. Dziadek Antoni zwracał się do żony „Linuśka” i tak czasem mówił do Ewy ojciec, ale dla matki i dla wszystkich pozostałych była zawsze Ewą. Bije zegar. Jego ton pokochała jeszcze tam, w domu babki. Nasłuchiwały razem jego głosu, ona – czterolatka i babka – kobieta po pięćdziesiątce. A potem babcia brała ją za rękę i chodziły po mieszkaniu oglądając obrazy: Pankiewicza, Fałata i piękny portret pędzla Eugeniusza Grabowskiego. Grabowski wyjechał do Ameryki i nigdy już nie wrócił. Dziś Ewa jest pewna, że kochał się w swojej modelce, bo ten portret emanował czymś, co było nie tylko dziełem sprawnego pędzla. W końcu babcia Ewelina siadała do fortepianu. Ewa na kanapie, zwinięta w kłębuszek, oczarowana, mogła tak słuchać i słuchać. Czasem ukołysana melodią, znużona, zasypiała.

I teraz nad samym ranem zdarza się jej zapaść w krótki, ciężki sen, z którego po godzinie, dwu, wyrywa się z największym trudem, aby wejść w tryby nowego dnia. Przed dwunastą, w czasie dużej przerwy, przyzwyczajenie – jak u psa Pawłowa – uruchamia w niej alarmowy dzwonek. Czeka na telefon Tomasza, o którym wie, że go nie będzie. Przerwa się kończy. Wszystko wraca do normy. Może się zająć robotą swoją i Marka Wójcika, który wyjechał zamiast niej do Belgii.

W jakim przedziwnym jest stanie. Przeraża ją ten brak łez, ten spokój. Jakby nie stało się nic takiego, czego by się nie spodziewała. Jakby od początku wiedziała, że to było zbyt wiele. Po tym, kogo się kocha, spodziewa się zawsze więcej niż po innych. W tym właśnie tkwi błąd. Bo naprawdę on jest taki sam jak wszyscy. To tylko nasza miłość zamienia go w herosa i wynosi na ołtarze. „Cokolwiek by się stało, pamiętaj, że cię kocham!” Cokolwiek by? Co znaczą te słowa? Pamiętać? Cóż warta teraz pamięć, kiedy cenniejszy brak pamięci. Zdradziła? Którego z nich? Tego, któremu przyrzekała, czy tego, któremu nie przyrzekała niczego? Można oczywiście uznać, że Zygmunt swoim postępowaniem zwolnił ją z przyrzeczenia, ale czy z przyrzeczenia może nas ktokolwiek zwolnić poza nami samymi? Czy gdyby tamto przyrzeczenie nic już nie znaczyło, przyszedłby tutaj i wziął ją w ramiona? Czy gdyby tamto przyrzeczenie nic już nie znaczyło, ona by na to pozwoliła? Czy jej ciało nie zbuntowałoby się w jego objęciach? Kolejny raz Ewa zaczyna przeżywać wydarzenia sprzed kilku dni.

Zygmunt jakby zapomniał, że wyrzekł się do niej wszelkich praw. Lub może zrozumiał, że się ich wyrzekł zbyt pochopnie. Tego wieczora gdy przyjechał, kładą się spać każde w innym pokoju, ale przecież po godzinie on przychodzi i zastaje Ewę z otwartymi oczyma, zupełnie zagubioną w chaosie sprzecznych uczuć i myśli.

– Pozwolisz mi, Ewuszko, poleżeć przy sobie? – pyta, a ona nie wie, co odpowiedzieć.

Kładzie się obok i po chwili ją przygarnia, wspiera jej głowę na swoim ramieniu, a Ewa, jak kiedyś, znowu doznaje poczucia ogromnego bezpieczeństwa. Aż się przeraża, że przez trzy lata żyła bez tego bezpiecznego miejsca – ciągle umykające, szczute zwierzę. Reflektory przejeżdżających samochodów omiatają pokój i w ich świetle widzi leżącą na kołdrze dłoń Zygmunta o bardzo długich, szczupłych palcach, ma ochotę tej dłoni dotknąć. Wówczas w jej wnętrzu zaczyna coś krzyczeć: „Nie! Nie!” Zaczyna w niej narastać bunt przeciwko sobie samej za to, że jest tak łatwo, tak zwyczajnie, jakby te trzy lata od jego wyjazdu prawie nie istniały, jakby nie doznała tych wszystkich upokorzeń porzuconej kobiety. Podrywa się. Wtedy Zygmunt przygarnia ją i zamyka w tak mocnym, że aż bolesnym uścisku. Próbuje uwolnić się z jego objęć i – wkrótce zacicha. Zabiera ją sobie. To jego chwila! Jego rozkosz! Jego triumf! Dopiero nieco później, kiedy składa ją w pościeli, słyszy jej krótki płacz. Nie próbuje płaczącej pocieszać. Leży obok z rękami nad głową. Zostawił ją samą i on leży sam, z przymkniętymi powiekami. Musiałaby mniej go znać, żeby nie wiedzieć, że chce zrozumieć, chce ocenić, co się od jego przyjazdu między nimi wydarzyło. Że jego chłodny, analityczny umysł naukowca przeżuwa jej obecność jak papkę. Znowu zaczyna w niej wzbierać bunt, który zaraz uśmierza pytając ciekawa: „Co dalej? Co jeszcze się wydarzy?” I podejmuje decyzję, że przeżyje to wszystko bez tchórzliwych uników. Roznieca w sobie iskierkę chłodnej ironii – mały pancerzyk na obolałe serce. W końcu to nie ona go opuściła. Nie ona ma się czego wstydzić. I nie będzie udawała przed sobą i przed nim, że cokolwiek udało się jej zapomnieć, bo niczego się jej zapomnieć nie udało. Obok na poduszce widzi ostry profil Zygmunta, jego zarzucone nad głowę ręce i w tych swoich rozważaniach odnajduje kroplę wzruszenia – jedną, drugą, trzecią…

Kiedy budzi się rano, Zygmunta nie ma przy niej. Nie ma go też w mieszkaniu. Zanim się ubierze, wraca ze sklepu z mlekiem i pieczywem. Szykują razem śniadanie. Sobota. Ewie nie śpieszy się do pracy, trochę sprząta.

– Chodźmy na grób Kasi – mówi Zygmunt, więc zabierają lampki i idą na cmentarz.

Groby zasypane śniegiem. Trudno odnaleźć Kasiny, bo śniegiem zasypane także tabliczki i krzyże. W końcu jednak go odnajdują. Zygmunt przysiada przy grobie w kucki, opiera łokcie o kolana, brodę na pięściach i trwa tak wpatrzony w małe migocące płomyczki, zupełnie jak na trasie przy ognisku. Z nieba sfruwają pojedyncze płatki śniegu. Dzień jest chmurny i po chwili Ewie zaczyna być chłodno.

– Zimno. Pójdziemy już.

Drga wyrwany ze swojego zapatrzenia. Wracają do domu.

On niczego jej nie opowiada, ona o nic nie pyta. Po obiedzie siadają w pokoju. Zygmunt nastawia Vivaldiego, potem Beethovena. W pewnym momencie jego wzrok pada na „Przestrzeń ograniczoną”.

– Co u Aldony?

– Wyszła za mąż za Michała.

– Za Thylmana? – jakby chciał się upewnić.

– Tak. Spodziewa się dziecka.

Oto jeszcze jedna kobieta spodziewa się dziecka. Ale to nie jest ona. Czeka, czy Zygmunt nie zaproponuje pójścia do Aldony, on jednak milczy.

Tego wieczora Zygmunt przychodzi od razu na jej tapczan. Zachłanny, niecierpliwy, a jednocześnie trochę chłodny – jak zwykle, jak przez te wszystkie lata. Zawsze miała wrażenie, że go zawstydza i gniewa w takich chwilach dominacja ciała nad intelektem. Zostawiał ją złaknioną pieszczoty, nie mogący przełamać wstydu, więc jest zaskoczona i wzruszona, kiedy tym razem bierze jej rękę, całuje raz, drugi wnętrze dłoni i kładzie ją na swoim sercu. Wie przecież, że we wtorek rano odleci (już ma bilet), że w poniedziałek po południu odjedzie do Warszawy. I nagle nadzieja, że zostanie tu, z nią, na zawsze.

– Tipi!

Rozumie całą niedorzeczność tej myśli i zaraz milknie.

W niedzielę przed południem jadą na spacer na nartach. Zygmunt wyciąga swój narciarski strój – buty, narty – potem na trasie biegnie przodem przecierając szlak. Polami zataczają ogromne koło i wracają przez Ponikwodę. Zgłodniali zjadają obiad. Przy herbacie, w fotelach, relaks. Powoli uchodzi z nich zmęczenie. Za ścianą zaczyna płakać dziecko – żałośnie, rozpaczliwie. Ich oczy – spłoszone – nagle się spotykają.

– Ewuszko! – mówi on. – Czy nie zmieniłaś zdania? Czy nie przyjechałabyś do mnie na zawsze?

„O serce! Głupie serce! Nie pozwolę ci się oszukać. Już raz, kiedyś wcześniej, rozegraliśmy tę partię.”

– Nie! Ja z Polski nie wyjadę.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Chyba po prostu dlatego, że tu jest moje miejsce. A zresztą w jakim charakterze? Już nie jestem twoją żoną.

– Wiem, popełniłem błąd. Ale kiedy odmówiłaś przyjazdu, a ja tam już podpisałem kontrakt i zostałem przyjęty do zespołu samego profesora Sendera, kiedy już wiedziałem, że osiągnąłem w tym krótkim czasie więcej, niż tu mógłbym osiągnąć kiedykolwiek, uznałem, że moim obowiązkiem jest zwrócić ci wolność. – Po chwili prostuje: – Nie mówię uczciwie. To była moja urażona ambicja, że tak łatwo się mnie wyrzekasz. Że właściwie nie podając żadnego rozsądnego powodu chcesz, żebym zrezygnował z możliwości pasjonującej pracy, która, jak dobrze wiesz, wiele dla mnie znaczy.

– Rzeczywiście uważasz, że nie podałam żadnego rozsądnego powodu? Naprawdę tak uważasz?

Milczy. A potem nagle wybucha:

– Och, Ewka! Chciałbym, żebyś tam była ze mną!

– A może ja bym chciała, żebyś był ze mną tutaj. Może bym jeszcze tego chciała…

– Przecież musi być jakieś sensowne wyjście – mówi.

– Jest! Nasze pragnienia, nasze interesy się rozeszły, więc każde musi iść swoją drogą. To właśnie jest sensowne wyjście.

– Powiedz szczerze, czy gdyby nie było tego pięknego bawidamka, którego tu zastałem, powiedziałabyś to samo?

– Niepotrzebnie tak o nim mówisz. Ja tego człowieka znam dopiero cztery miesiące, a decyzję podjęłam dwa lata temu.

Patrzy mu prosto w oczy, ale zdaje sobie sprawę – ta absolutna prawda podszyta jest cieniutką podszewką kłamstwa, bo już zaczęła mieć nadzieję, zaczęła marzyć, że Tomasz będzie ojcem jej dziecka, a Zygmunt nie będzie nim nigdy.

– Ja nie chcę wiele. Mieć swoją pracę i swoją kobietę.

– Trzeba więc znaleźć kobietę, która się zgodzi na taką właśnie kolejność.

I wtedy ostro dzwoni telefon. Zamiera w niej serce. Ale to tylko Aldona.

– Ewuniu, chcę ci coś pokazać. Przyjedziemy po ciebie.

– Nie. Nie dziś. Mam gościa. Nie mogę wyjść. Jak się czujesz, kochana?

– Noo, tak sobie. Prawie dobrze. Przepraszam cię. Do zobaczenia!

– Do zobaczenia!

– Dlaczego powiedziałaś o mnie, że jestem gościem?

– A kim jesteś? – kładzie akcent na „kim”.

Zygmunt milczy przez dłuższy czas.

– Jesteś specjalistką od stawiania trudnych pytań.

– Przecież twoim zawodem jest odpowiadanie na różne trudne pytania.

Ewa nie może się powstrzymać od odrobiny gorzkawej ironii.

Znowu telefon. Tym razem – Tomasz.

– Eli! Elinko! – czeka, co powie, a ona:

– Niestety! Dziś nie przyjmuję. Właśnie gości u mnie były mąż Zygmunt Szeliga. Do widzenia! – I odkłada słuchawkę.

– Tym razem jesteś zadowolony? – pyta.

Patrzy na nią z czułością.

– Ty czarownico! – mówi. – Ty czarownico! Boże! Jak ja tam za tobą tęskniłem. Naprawdę myślisz, że inna kobieta może mi ciebie zastąpić?

– Nie. Nie myślę tak, bo żaden mężczyzna nie zastąpi mi ciebie.

– Jeżeli ty chcesz być ze mną, a ja z tobą, dlaczego nie jesteśmy razem?

– Pewnie gdybyśmy naprawdę tego chcieli, nie stawialibyśmy sobie nawzajem żadnych warunków.

W radiu koncert Chopina. Słucha muzyki tak, jak niegdyś koncertów fortepianowych babki Eweliny, z zapamiętaniem. Mrok za oknami. Nie zapalają światła. To ich ostatni wieczór, a potem jeszcze noc i połowa dnia.

Nadchodzi wreszcie pora, że Ewa bierze Zygmunta za rękę i prowadzi do swojego pokoju.

Rozproszone, ciepłe światło secesyjnej lampki.

Stojąc obok tapczanu rozpina koszulę i ta – śliska – opada na dywan. Potem guziki piżamy Zygmunta. Zdejmuje z niego bluzę, zsuwa spodnie i jednocześnie przed nim przyklęka. Ogarnia ramionami, otula. Trwają tak przez chwilę, a później dłonie Ewy zaczynają się pieszczotliwie przesuwać po jego plecach, a wargi po krągłości brzucha.

– Ewa! Co ty robisz?! – mówi on przez zaciśnięte zęby. – Co ty ze mną robisz?

Pięści ma kurczowo zaciśnięte.

– Obdarzam cię pieszczotą. Pierwszy raz w życiu obdarzam cię pieszczotą.

Zygmunt odtrąca ręce Ewy, chwyta ją pod pachy i gwałtownie podnosi. Jednocześnie traci równowagę. Pada na tapczan. Na wznak.

Bierze w dłonie twarz Zygmunta i klęcząc nad nim raz po raz dotyka ustami jego ust, ona, która zawsze unikała pocałunków, i Zygmunt znał dobrze tę jej przypadłość. Całuje jego policzki, oczy, wraca do ust, gdzie pod wargami odnajduje zaciśnięte zęby.

– Tipi! Nie broń się przede mną. Kochaj mnie, póki jestem!

Napełniona nim po brzegi prostuje się, zaplata za głową dłonie, a on swoimi smukłymi palcami przebiega po jej piersiach, po biodrach. Pierwszy raz tak poznaje to ciało – jak ślepiec – powieki ma mocno zaciśnięte, aż w końcu spod powiek wydostają się dwie ogromne łzy i spływają ku skroniom. Ręce Zygmunta wracają do jej piersi, obejmują je pieszczotliwie, schodzą niżej i wtedy wtula się w nią, aż unosząc do góry. Odpowiada na to jego wezwanie. Oboje napięci zaczynają dźwięczeć wspólnym tonem. Zygmunt z twarzą czujnie wychyloną w przód. „O Tipi! Mój Tipi! – pędzący pod wiatr.” Ewa zaciska zarzucone na kark dłonie.

Odpoczywają w milczeniu.

– Ewuszko! Nie idź jutro do pracy. Zostań ze mną.

– Zostanę. To nie jest dużo, o co prosisz.

On jednak nie wyczuwa prowokacji. Nie prosi o nic więcej i przemija ta jedna, jedyna chwila, w której gotowa była spełnić wszystkie jego życzenia. Dopiero później wyciąga ku niej ręce, co tak szybko, pojętne, nauczyły się pieszczoty i leżąc daleko zaczyna czubkami palców znowu błądzić po jej ciele.

– Nie znałem twojego ciała. Twojego pięknego ciała.

– I ja go wcześniej nie znałam. Obojeśmy nic o naszych ciałach nie wiedzieli. Jak dwoje głupiutkich dzieci.

Widzi zwróconą ku światłu twarz Zygmunta o przymkniętych oczach, o rozchylonych ustach, napiętą. Przebiegają po niej drżenia przenoszące się na ręce, na palce. Nie może tego w końcu znieść.

– Tipi! Och, Tipi!

Otwiera oczy o tęczówkach tak jasnych, że wyzierają z mroku.

– Chcesz mnie, Ewuszko? Chcesz mnie jeszcze raz?

– Chcę!

Rozkłada szeroko jej ręce, jej nogi i przygwożdża do prześcieradła. Bierze ją z taką pasją, że zaczyna krzyczeć ukrzyżowana. Zapada z tym krzykiem na ustach w rozkosz, jakiej nigdy jeszcze nie zaznała.

Rano budzi się przywołana wzrokiem Zygmunta, który wsparty na ugiętej ręce przypatrywał się jej – śpiącej.

– Ewuszko! Mam zostać? Rozkazuj!

I jest to chwila jej wielkiego triumfu. Jej maleńkiego, egoistycznego triumfu. Przymyka oczy i próbuje pozbierać nagle rozpierzchłe myśli. Wie, że to pytanie serio i odpowiadając nie wolno się pomylić. Ale zebrać myśli nie potrafi. I nic na to nie może poradzić. W końcu odpowiada:

– Jeżeli to mówisz poważnie, jeżeli to ja mam decydować, popełniłabym błąd odpowiadając w tym momencie, bo wszystkie moje myśli skaczą jak koniki polne, a przecież my oboje ceniliśmy zawsze rady rozumu. Proszę, odłóżmy tę rozmowę na po kąpieli i po śniadaniu.

Twarz Zygmunta zmierzcha. Spodziewał się zapewne, że powie: „Zostań!” i będzie miał to już za sobą, tę niełatwą sprawę, on, który może pierwszy raz w życiu, wbrew racjom rozumu, wybrał radę serca.

– Dobrze – mówi – więc idę do łazienki, a potem do sklepu.

Chce za nim krzyknąć: „Wróć! Zostań ze mną!” – i milczy.

Krew odpływa powoli z serca. Patrzy w niebo, a tam biegną w szalonym pędzie strzępy chmur. „Tipi! Mój Tipi! – pędzący pod wiatr.” I ten żal jest początkiem pożegnania.

Jedzą swoje ostatnie śniadanie. A gdy siadają, by rozmawiać, usta mają pobladłe i nie patrzą sobie w oczy, wiedząc, jaki będzie wynik rozmowy, ale brną w to oboje – dwa intelektualne osły, przyzwyczajone do tego, żeby rozstrzygać wszystko za pomocą rozumu.

– Co będziesz tu robił? – pyta ona. – Przecież na uczelnię cię nie przyjmą, czarna solidarnościowa owco.

– Cokolwiek. Jarek Rumiński, którego wywalono razem ze mną, założył kiosk z frytkami.

Ewa próbuje sobie wyobrazić Zygmunta, tego niegdyś najzdolniejszego na wydziale, sprzedającego w białym fartuchu frytki i oczywiście rozumie, że nie ma tu dla niego miejsca, że musi być tam, gdzie może pracować i gdzie go cenią.

– Nie mogłabym się na to zgodzić. Za bardzo wierzę w twoje możliwości.

Krzywi boleśnie usta.

– Powiedz od razu, że nie bardzo jestem ci potrzebny.

– To nie tak. Ale boję się, że sprzedając frytki szybko byś mnie znienawidził.

Milczy, bo wie – mogłoby się tak zdarzyć.

– Więc proszę, zaczekaj na mnie. Ja tam będę pracował jak szalony. Osiągnę tyle, że już nikt tego nie zakwestionuje, nawet tutaj, i wtedy wrócę.

– Ile to będzie lat? Nawet jeśli zaczniesz pracować jak szalony. Pięć? Sześć? Ja w tym czasie przekroczę czterdziestkę. A wkoło tyle atrakcyjnych dwudziestolatek.

Nie może nie przyznać jej racji.

– Więc jedź ze mną, Ewuszko! Jedź ze mną! A potem wrócimy razem.

Teraz milczy ona. Boże! Po co ta cała rozmowa! Te półprawdy!

– Zygmunt! Ja chcę mieć dziecko.

Patrzy na nią pobladły.

– Tego nie mogę zrobić dla ciebie, żeby wymienić całą swoją krew.

– Wybacz! Musiałam to powiedzieć.

– Gdyby Kasia żyła, nigdy bym stąd nie wyjechał. Bylibyśmy razem we troje.

Jego głowa leży na oparciu fotela. Chciałaby go ratować, pocieszyć, ale nie ma niczego, co by go uratować albo pocieszyć mogło.

– Więc to on będzie ojcem twojego dziecka? Ten piękny?

– Tego jeszcze nie wiem. Może on, a może kto inny.

Jak trudno jest nie kłamać z litości. Wydaje jej się, że tak mu będzie lżej.

– Więc zakończyliśmy naszą rozmowę – gorzko się uśmiecha.

– Nie! Jeszcze nie! Jeszcze ci nie powiedziałam, że kiedy wyjechałeś, przekonałam się, jak mocno byłam z tobą związana. Jak bardzo byłam twoja. I tak jest do dziś. Już się z tego nie wyzwolę. To całe ogromne upokorzenie, które przeżyłam, kiedy wystąpiłeś o rozwód, niczego nie zmieniło. Dzisiejszą noc wymarzyłam sobie leżąc niegdyś bezsenna. Czekałam, że do mnie wrócisz i ja będę mogła ogarnąć cię ramionami i obdarzyć swoim ciałem, pieszczotą. Moje marzenie dzięki tobie się spełniło. Nie myśl, że się nie bałam, że nie chciałam się cofnąć, że nie wstydziłam się przed tobą. I to najważniejsze – zawsze byłeś moim „bezpiecznym miejscem”. Chyba nie jesteś nawet w stanie zrozumieć, jakie to było dla mnie ważne.

– Nigdy mi tego nie mówiłaś.

– Tak. Za mało było między nami słów.

Zygmunt milczy. Tym razem długo.

– Ileż mogło być takich nocy…

– Myślisz, że mogło? Chyba nie! Trzeba było przeżyć wszystko, cośmy przeżyli. Tęsknić. Zrozumieć. Dość! Co mam zrobić z twoimi rzeczami? Z książkami? Słowniki sprzedałam. Może twój brat zabierze to wszystko?

Odpowiada dopiero po chwili.

– Książki oddaj do biblioteki na uniwersytet albo sprzedaj. Zabiorę tylko tomik Kubiaka, który dostałem od ciebie. Rzeczy? Chyba to samo. Na Mirka i tak nic nie będzie pasowało.

I to brzmi – jak testament.

***

Dopiero kiedy Zygmunt odjechał, zrozumiała, że gdyby nie Tomasz, nigdy by się nie odważyła zrealizować tego swojego marzenia. To on ją nauczył wyciągania rąk do drugiego człowieka. Obdarzania pieszczotą. Nauczył ją tego wszystkiego przeciwko samemu sobie. A potem myśl: to nie zasługa Tomasza, lecz ciotki Mili, pięknej kobiety, kobiety wówczas w jej wieku, która udzielała mu pierwszych lekcji miłości. I w ten sposób zaczyna narastać w niej sprzeciw wobec Tomasza. Zaczyna się jej wydawać, że gdyby go nie spotkała, gdyby nie ta nadzieja, że będzie ojcem jej dziecka, może nie pozwoliłaby Zygmuntowi wyjechać. Miałaby to swoje „bezpieczne miejsce” i mogłaby znowu wyruszyć z nim na szlak. Wie doskonale – te myśli są nierozsądne. Jest wobec Tomasza niesprawiedliwa. Przypomina sobie, co mu powiedziała, kiedy dzwonił po raz pierwszy w czasie bytności Zygmunta. On jednak pomimo to dzwonił nadal każdego dnia. W końcu przyszedł, a ona plunęła mu w twarz swoją złością. Zraniła go.

„No i dobrze – mówi sobie. – Żaden nie jest mi potrzebny. Żyłam bez nich obu trzy lata.” Kłamie sobie samej i czeka, że Tomasz przyjdzie jeszcze raz. I traci nadzieję. I wcale nie jest pewna, czy nie wyszarpnie się z jego objęć, jeżeli będzie ją chciał objąć.

Ale on nie dzwoni i nie przychodzi.

Czy to musi być on? Jutro wróci z Belgii Marek Wójcik. Marek, którego sympatii jest pewna, przyjacielski, uczciwy człowiek… W końcu zaczyna Tomasza nienawidzić tak, że dzięki temu odkrywa, jak bardzo go kocha.

I zaczyna jej być naprawdę trudno.