17

Tego dnia Jurek wrócił z twarzą, na której Hanka bez trudu odczytuje rozterkę. Nic jednak na razie nie mówi. Czeka, aż chłopcy pójdą odrabiać lekcje i zostanie z żoną sam. Dopiero wtedy zaczyna rozmowę.

– Haniu, zaproponowano mi pracownię po Zabłockim.

– Niemożliwe!

Hanka zdumiewa się tak szczerze, że patrzy na nią podejrzliwie.

– Uważasz, że się nie nadaję? – pyta z urazą.

– Ależ nadajesz się. Tylko … przecież jesteś bezpartyjny.

Jurek pochyla głowę i coś tam wydłubuje zza paznokcia.

– Naprawdę myślisz, że się nadaję?

Hanka zaczyna rozumieć, nie chodzi mu o wyrazy uznania. A więc o co? Czeka. Zaraz się tego dowie. I rzeczywiście Jurek mówi:

– Taki kierownik ma całą chmarę papierkowej roboty, narady, umowy, rozmowy, rozdzielanie pracy, pilnowanie terminów, na projektowanie to już wcale nie ma czasu.

Hanka nie potrafi sobie wyobrazić Jurka, który zamiast projektować, zajmuje się tymi „ważnymi” czynnościami.

– Do czegoś takiego to rzeczywiście się nie nadajesz.

– Ale miałbym parę tysięcy więcej. Chłopcy rosną. A od Krzysia brał przecież nie będę. Póki tatuś żył, to było co innego.

– Możesz wziąć jakieś zlecenie, ja korektę.

Jurek patrzy na żonę rozjaśnionym wzrokiem.

– Naprawdę? Nie chcesz być panią kierownikową?

– Tytuł magistra zupełnie zaspokaja moje ambicje w tym względzie.

– No to ja jutro powiem, że nie chcę.

Wyraźnie mu ulżyło. Po chwili mówi:

– Haniu! Jak pojedziemy w święta na zaręczyny Krzysia z Jolą, chyba wypada zawieźć jakiś prezent?

– Nie zaszkodzi, jak coś kupimy. Tylko co?

– Może Ewa by coś wymyśliła? – zastanawia się Jurek.

Jego wiara w doradcze zdolności Ewy pochodzi z czasów, kiedy to kilka lat temu udzieliła mu paru sensownych rad co do jednego z jego projektów. Od tamtej pory Jurek starał się demonstrować Ewie kolejne szkice. Z czasem to jego zaufanie rozszerzyło swój zakres. Zaczął zasięgać porad Ewy i w innych dziedzinach, a nawet był w stanie przyjmować od niej krytyczne uwagi dotyczące postępowania z Artkiem, z którym o konflikt było mu daleko łatwiej niż z Misiem.

– Może… – mówi Hanka. – Zaraz zejdę do sklepu, to zadzwonię do niej z automatu.

A nuż Ewa coś sensownego zaproponuje. Przy okazji zaprosi ją na niedzielę. Ciągle jest o Ewę trochę niespokojna po tej wizycie Zygmunta.

W sklepie kolejka gigant. Przywieźli pomarańcze. Na szczęście idzie to dosyć szybko, więc po półgodzinie wychodzi z kilogramem owoców i kostką masła. Dopiero teraz sobie przypomina – miała zadzwonić do Ewy. Telefonuje z automatu w pasażu. Po chwili odzywa się w słuchawce męski głos:

– Słucham?

Zaskoczona myśli, że to pomyłka, ale głos wydaje się jej znajomy, więc pyta o Ewę. I wtedy dobiega do niej dość wyraźnie pytanie przyjaciółki:

– Kto to dzwoni, Tomku?

– To do ciebie, Eli. Jakaś pani.

– Zaraz idę.

– Proszę zaczekać.

Teraz już Hanka nie ma cienia wątpliwości, czyj to głos. Zanim Ewa podejdzie, odwiesza słuchawkę.

Stoi oparta o ścianę i z oczu zaczynają – jedna za drugą – spływać łzy. Pan, który po niej korzystał z telefonu, pyta:

– Czy mogę pani w czymś pomóc?

Potrząsa przecząco głową i żeby nie budzić sensacji, odchodzi stamtąd na uginających się nogach. Byle nie do domu. Nie do Jurka. Siada na ławce pobliskiego skweru i patrzy w mrok. „To do ciebie, Eli” – słyszy głos Tomasza. Skoro tak mówi do Ewy, skoro odebrał telefon, musi być w tym domu czymś więcej niż gościem. Jak to pogodzić z wizytą Zygmunta i chęcią wyjazdu Ewy do Ameryki? Pogodzić? Co tu jest do pogodzenia? Czy w ogóle mogła przypuszczać, że aż tak ją to zaboli? Nic jej Ewa o Tomaszu nie mówiła. Czuje się przez nią jakby oszukana. Wie, że niesłusznie, bo przecież ona wcześniej też nic Ewie nie powiedziała. Potem sobie przypomina, jak zaledwie kilka dni temu była gotowa oferować Ewie zainteresowanie Tomasza, byle ją pocieszyć, tylko nie miała pojęcia, że to będzie tak bolesne. Czymże dla niej jest Tomasz? Marzeniem? Więc utrata marzenia może boleć? Wystarczało, że jest. Sama się go wyrzekła. Ale dopiero teraz ma poczucie, że utraciła. Stąd ten ucisk w sercu.

– Można? – pyta jakiś mężczyzna.

Przysiada, a po chwili wyjmuje paczkę papierosów i częstuje Hankę. Bierze papierosa. On podaje ogień i przy świetle zapałki patrzą sobie w twarze. Mężczyzna twarz ma szczupłą, z nie ogolonym zarostem. Ogromne ciemne oczy jakby cierpiące – to budzi sympatię.

– Jesteś piękna. Dlaczego płaczesz? – pyta ciepłym, przychylnym głosem. – Patrz! Tam nad tą grubą gałęzią świeci błękitna gwiazdka. To gwiazdka twojego szczęścia. Jesteś kobietą szczęśliwą.

Hanka podnosi wzrok. Dostrzega w górze małą błękitną gwiazdkę. Zrywa się z ławki.

– Muszę iść!

– Do niego? Odprowadzę cię. Tu o tej porze kręcą się różni ludzie.

Idą milcząc. On pali papierosa. Hanka swój wyrzuciła obok ławki. W pobliżu domu wpadają na Jurka.

– Hanuś! Co z tobą? Szukam cię! – dostrzega jej towarzysza i milknie.

Hanka dopiero teraz w świetle latarni zauważa, że mężczyzna jest ubrany w mocno zniszczoną kurtkę i rozciągniętą wełnianą czapkę. Z papierosem w ustach, z rękami schowanymi głęboko w kieszenie, uśmiecha się do niej trochę nieśmiało.

– To on? – pyta.

– Tak. Dziękuję – odpowiada Hanka i podaje mu wyjętą z torby pomarańczę.

Ale on nie wyciąga ręki po owoc.

– Zbyt jesteś hojna. Nie oddawaj innym tego, co jemu się należy – mówi. Obrzuca Jurka życzliwym spojrzeniem i odchodzi.

Dopiero teraz widać – kuleje lekko na lewą nogę. Potem dociera do Hanki sens wypowiedzianego przezeń ostatnio zdania.

– Kto to? – pyta Jurek po jego odejściu.

– Przecież słyszałeś – odpowiada. – Stałam w kolejce po pomarańcze.

Wie, że to wcale nie wyjaśnia jej długiej nieobecności, tym bardziej że już dawno sklep zamknięty. Ale Jurek nie życzy sobie dalszych wyjaśnień.

– Dzwoniłaś może do Ewy? – zmienia niefortunnie temat.

– Tak. Nie podniosła słuchawki.

Ulga. Nie musiała skłamać.

Na górze prosi Jurka, żeby zajął się chłopcami.

– Muszę się położyć. Źle się czuję.

Jurek patrzy na nią niepewnie, pełen niepokoju, ale ona szybko odchodzi do łazienki. Po wyjściu zastaje pościel na tapczanie. Jurek z chłopcami w kuchni. I nagle skądś napływa fala pretensji do męża – za tę wyjętą pościel, za to, że o nic więcej nie pytał, że spotkawszy ją w towarzystwie obcego mężczyzny wcale się tym nie przejął, że nawet się nie zainteresował, co ją boli, że nie odebrał od niej siatki z pomarańczami. Zdaje sobie sprawę z absurdalności tego wszystkiego i jednocześnie szaleje to w niej jak burza. Dopiero później się okazuje, do czego była jej potrzebna ta totalna pretensja o wszystko. Nastawiona przeciw Jurkowi, może bez skrupułów oddać się rozpaczy po stracie Tomasza. Wkrótce przekonuje się – jakoś jej ta rozpacz „nie wychodzi”. Zamiast rozpaczać po Tomaszu, widzi przed sobą twarz mężczyzny ze skweru o ciemnych nawiedzonych oczach. „Jesteś piękna. Jesteś kobietą szczęśliwą” – słyszy jego głos. „Jesteś piękna…” Kładzie obie dłonie na twarzy. Jak dawno nie myślała o swojej urodzie… „Ależ ty jesteś ładniejsza od Ewy” – powiedział jej kiedyś Jurek. Jednak ile razy były we dwie, na Ewę padały wszystkie męskie spojrzenia, dopiero potem na nią.

Pamięta dobrze tę studencką karnawałową potańcówkę, na której poznali się z Jurkiem. Siedziały obie. Jurek podszedł, skłonił się przed Ewą. Przy następnym tańcu, kiedy zbliżał się w ich kierunku z wyraźnym zamiarem ponownego zaproszenia Ewy, ktoś mu ją sprzed nosa sprzątnął. Wtedy zatańczył z nią i trzeba przyznać, że już do końca wieczoru z objęć nie wypuścił. Teraz dopiero przychodzi jej na myśl, bał się, że ktoś mu poderwie kolejną dziewczynę. Ewa, widząc jego zainteresowanie przyjaciółką, dyskretnie się usunęła. Szalała z kilku kolegami z historii (z Zygmuntem poznali się dopiero parę miesięcy później). Ona zapytała Jurka, co studiuje. Okazało się, że skończył politechnikę i właśnie rozpoczął pracę w biurze projektów. Mówiąc jej o tym zaczerwienił się, zupełnie jakby się wstydził, że nie należy do ich studenckiego towarzystwa, że jest intruzem. Wzruszył ją ten jego rumieniec. A potem kiedy popijali przy bufecie oranżadę, Jurek wcale nie patrząc na nią, tylko w szklankę, powiedział:

– Jesteś bardzo piękna! – i znowu się zaczerwienił.

– Ja? Czy ta szklanka? – zapytała przekornie.

Podniósł na nią oczy.

– Ty. Już cię nie opuszczę.

Powiedział to zupełnie poważnie. Ta jego powaga wyraźnie nie przystawała do beztroskiego karnawałowego nastroju.

– Tak źle chyba nie będzie – roześmiała się Hanka. – Już za chwilę mnie opuścisz, bo trzeba iść spać.

– Och! Jeszcze choć godzinę. Proszę cię.

Dość łatwo się zgodziła. A on świadomy, że zostało już niewiele czasu, przełamał jakieś swoje opory i zaczął przytulać ją w tańcu tak delikatnie, tak czule, że zapragnęła nagle, żeby się to nigdy nie skończyło. Wyszli dopiero z ostatnimi pięcioma parami.

Jurek! Właśnie przychodzi i ostrożnie wsuwa się pod kołdrę, pewnie sądzi, że żona śpi, ale ona otwiera oczy.

– Wiesz? Odnalazłam dzisiaj na niebie twoją błękitną gwiazdkę.