19

Po pięciu lekcjach Hanka jest już porządnie zmęczona. Środa to jej najcięższy dzień w szkole. Dodatkowo denerwuje ją, że jeszcze nie zna wszystkich uczniów. Utrudnia to bardzo opanowanie klasy. Toteż kiedy się okazuje, że Alek czeka na nią przy bramie, nie jest zadowolona. Idą w kierunku przystanku i Alek po chwili pyta:

– Czy pani ma dzieci?

– Tak. Dwu synów.

– Dużych?

– Dziesięć i dwanaście lat.

– Czy pani by ich zostawiła i poszła sobie do innego mężczyzny?

Alek nic przecież o Tomaszu nie wie, ale Hanka czuje się tak, jakby wiedział i pytał w imieniu jej synów.

– Na szczęście kocham męża i mam nadzieję, że i on mnie kocha – broni się odruchowo.

Jednak Alek chce znać jej zdanie, więc pyta dalej:

– A gdyby pani nie kochała męża, tylko innego mężczyznę, to zostawiłaby ich pani i poszła?

Nie może mu kłamać. Nie chce.

– Nie sposób na to odpowiedzieć, póki człowiek nie znajdzie się w takiej właśnie sytuacji.

Nie musi to Alka zadowolić. Ale po chwili mówi:

– Pani jest uczciwa.

– Próbuję być uczciwa. Życie jednak bywa bardzo skomplikowane. Dopiero stopniowo się to odkrywa.

– Chciałbym być architektem. – Alek niespodziewanie zmienia temat.

– Mój mąż jest architektem – mówi Hanka.

– Naprawdę? – dziwi się Alek. – I projektuje budynki?

– Tak. Zapraszam cię na sobotę po południu, będziesz mógł obejrzeć jego projekty.

– Dziękuję.

Podjeżdża jej autobus, więc wsiada – żegnając chłopca. Wie przecież, skąd te jego rozterki. Matka Alka odeszła dwa lata temu. Od tamtej pory chłopiec przestał się uczyć, ledwo go przeciągnięto do siódmej klasy. Wydaje się jej, wyłania się szansa zmobilizowania go do nauki. Jeżeli trzeba mu będzie trochę pomóc w matematyce czy fizyce, poprosi o to Jurka. Kto pomógłby jej chłopcom, gdyby odeszła z Tomaszem? Niby nic nie upoważnia jej do snucia takich przypuszczeń. Choć kto wie. W miesiąc po przyjściu Tomasza do ich szkoły jej koleżanka, historyczka Lucyna Dworczykowa, szepnęła w przelocie: „Uważaj, Haniu, na tego nowego. Dopytywał o ciebie. Pewnie jest tobą zainteresowany”. Gdyby Lucynę mniej znała, może by potraktowała to o wiele poważniej. Jednak na wszelki wypadek zaczęła uważać, żeby się do niego nie uśmiechnąć, żeby z nim nie zostać samej, żeby nie wyjść razem ze szkoły i jednocześnie coraz silniej pragnęła, żeby był obok, żeby go zobaczyć, żeby usłyszeć jego głos. Wróciła ta jej dawna choroba sprzed siedemnastu lat. W końcu już wiedziała, że trzeba uciec jak najdalej, bo zniszczy siebie, Jurka, a kto wie – może i chłopców. A teraz pewnie Tomasz jest z Ewą i Hanka musi powoli do tego przywyknąć. Mało! Jeżeli nie chce także stracić Ewy, musi to zaakceptować.

Dojeżdża do domu. Zaraz wraca Jurek. Opowiada mu o Alku.

– Oczywiście, niech przyjdzie – popiera plany żony.

Chłopców nie ma. Hanka wygląda na podwórze. I tam ich nie widać. Troszkę jest zaniepokojona. Dopiero później odkrywa na stole w pokoju kartkę: Wrócimy koło godziny siedemnastej. Artek i Miś. Gdzież oni powędrowali?

Nieco po wyznaczonym czasie wpadają do domu razem z Ewą. Ewa niesie opakowane prezentowo pudełko, chłopcy po bukiecie kaczeńców. Zaskoczenie. Oboje z Jurkiem, pierwszy raz w życiu, zapomnieli o własnej rocznicy ślubu. Więc dziś się skończył feralny, trzynasty rok ich małżeństwa? Hanka czuje ulgę. Ewa z chłopcami wykonują wspólnie ułożoną żartobliwą kantatę, po czym chłopcy wręczają rodzicom kwiaty i upominek. Okazuje się, że jest to piękny wazon z zielonkawego szkła. Zaraz wkładają do niego kaczeńce i stawiają na środku stołu.

– Ewuniu! Wstyd się przyznać, ale zapomniałam o rocznicy. Nie mam was czym przyjąć.

– Nie jest tak źle, przynieśliśmy wuzetki. Ty postawisz herbatę, a Jurek lody. Są w samie, ale nie mieliśmy jak wziąć.

Hanka idzie nastawić wodę, Jurek po lody. Chłopcy zmachani po kaczeńcowej wyprawie obmywają się w łazience. Ewa ręce myje w kuchni i pada zmęczona na stołek. Patrzą na siebie rozjaśnionymi oczami. Hanka się cieszy, że skończył się nareszcie ten trzynasty rok, Ewa – wygląda po prostu na kobietę szczęśliwą.

– Mam nadzieję, że już się nie wybierasz do Ameryki?

– A gdzież tam znajdę takie kaczeńce? Zauważyłaś, jaka zrobiła się wiosna? Najprawdziwsza!

Hanka myśli, że przecież każdego roku robi się taka najprawdziwsza wiosna, ale jest powód, i ta jest dla Ewy prawdziwsza niż inne.

– Mówisz, jak przystało na kobietę szczęśliwą.

– Więc już wiesz? – Ewa patrzy uważnie.

– Wiem. – Hanka się uśmiecha i jest zaskoczona, że przychodzi jej to zupełnie łatwo. – Spotkała cię kara za to, żeś sobie z niego drwiła.

– Chyba tak. Widać za wszystko w życiu trzeba płacić. – Ewa niby żartuje, ale oczy ma poważne.

Wraca Jurek. Poza lodami przyniósł pączki i czerwoną różę. Wręcza kwiat, jednak przy Ewie wstydzi się żonę całować. Właśnie woda się zagotowała. Hanka robi herbatę, nakrywa stół. Ewa z Artkiem i Misiem na prośbę Jurka po raz drugi odśpiewują swoją kantatę. Wszyscy się śmieją, a potem Jurek uroczyście wnosi lody przybrane konfiturami z wiśni.

– Pamiętacie, jaka była wtedy cudowna pogoda? – pyta Ewa.

Oczywiście ma na myśli ten dzień sprzed trzynastu lat, w którym Hanka i Jurek brali ślub kościelny w Krężnicy. Ewa i Zygmunt im drużbowali. Świetnie grali swoje role na tym pół wiejskim, pół miejskim weselu.

– Wasz ojciec idąc do ołtarza był blady jak ściana – mówi Ewa do chłopców.

Jurek patrzy na nią podejrzliwie, czy nie zamierza powiedzieć czegoś jeszcze bardziej kompromitującego, ale ona widać sobie uprzytomnia, że nie należy robić jubilatowi przykrości, więc zmienia temat.

– Tańczyłam wtedy, Jurku, z twoim tatą walca. Pięknie tańczył. I Hanka z nim wtedy tańczyła. Jej rzucony do tyłu wianek złapała Ewa i już pół roku później brała ślub z Zygmuntem. Matka Hanki także, mimo złego stanu zdrowia, była na weselu i zachowywała się wspaniale. Pochodząca z inteligenckiego domu z aspiracjami, marząca dla swojej jedynej córki o królewiczu z bajki, przez długi czas nie była w stanie zaakceptować Jurka zarówno ze względu na brak oszałamiającej urody, jak i na pochodzenie ze wsi. „Haniu! – mówiła. – Z twoją aparycją mogłabyś znaleźć przystojniejszego chłopca”, i widać było, że jest tym według niej niefortunnym wyborem głęboko przejęta. „Mamusiu, to nie ja jego znalazłam, tylko on mnie” – odpowiadała żartobliwie i całowała matkę w czoło. Dopiero gdy w czasie zimowej sesji Hanka musiała się uczyć, a matka leżała ciężko chora i przez całe popołudnia opiekował się nią Jurek, kiedyś niechcący Hanka usłyszała, jak rozmawiali.

– Jureczku! Muszę cię przeprosić. Odradzałam Hani znajomość z tobą. Jednak to jej serce się nie pomyliło.

– Ja wiem, proszę pani, że Hania mogłaby mieć kogoś atrakcyjniejszego.

– Atrakcyjniejszego? Chyba tak. Ale niełatwo znaleźć lepszego od ciebie człowieka.

– Przecież ja jestem zupełnie zwyczajny.

Matka widać odpoczywała, bo milczała przez chwilę.

– Chciałabym, żebyście się pobrali, póki żyję, byłabym wtedy o Hanię spokojna.

– Pani myśli, że Hania się zgodzi? – głos Jurka wyraźnie zadrżał.

– Więc wcale jej o to nie pytałeś?

– Nie. Jeżeli się nie zgodzi, nie będzie mi wypadało już tu przychodzić, a ja bym nie mógł bez niej…

– Myślę, Jurku, że się zgodzi. To już rok, jak się znacie.

– Rok i pięć dni – odpowiedział szybko.

Aż tak dokładnie to pamiętał? Zaskoczył tym Hankę i wzruszył.

– Na Wielkanoc moglibyście się pobrać.

Tu się matka rozkaszlała, już nic więcej nie mogła powiedzieć. Jurek pewnie podał jej lekarstwo, bo kaszel stopniowo ustał. Hanka odeszła, żeby się znowu uczyć.

Więc to dlatego! Jurek po prostu się bał, że zostanie odrzucony. Wiele razy doprowadzał Hankę do rozpaczy swoją powściągliwością, nie znając jednak przyczyny, nie chciała mu się narzucać. Tylko w tańcu śmiało wyciągał po nią ręce. Toteż starała się bywać z nim często na różnych potańcówkach, ale po sesji miał się zacząć wielki post, a zaraz potem praca w polu, która go bardzo absorbowała, i nie miało już być czasu na tańce.

Na Wielkanoc brali ślub. I matka Hanki na tym weselu była trochę jak Radczyni z „Wesela” Wyspiańskiego, ale skoro raz Jurka zaakceptowała, robiła wszystko, na co ją było stać, żeby to była akceptacja pełna i zawsze Hanka się dziwiła, że przez ten wspólnie przeżyty pod jednym dachem rok nie rozpuściła go kompletnie. Był to dziwny układ. Matka wszystko robiła dla Jurka, Jurek wszystko – dla Hanki, a ona wszystko dla Artka, bo już wkrótce była w ciąży. Śmierć matki niemal się zbiegła z narodzinami Artusia i wtedy musiała przerwać studia, choć zostało do końca tylko pół roku.

Zbiorowy wybuch śmiechu wyrywa Hankę ze wspomnień.

– Na święta jedziecie na wieś? – pyta Ewa.

– Tak. Zaręczamy Krzysia z kuzynką. Chcieliśmy kupić jakiś prezent, ale nie wiemy co.

– Moja koleżanka przywiozła z wycieczki do NRD szybkowar i właśnie chce sprzedać. To by chyba było dobre?

– A mówiłem, że Ewa coś wymyśli – rozpromienia się Jurek.

– Zadzwoń jutro do mnie do pracy, to się umówisz, kiedy i skąd go zabrać. No, trzeba iść. Zdaje się, lekcje jeszcze nie odrobione – zwraca się do chłopców.

Żegna Jurka i wychodzi z Hanką do przedpokoju. Już przy drzwiach nagle mówi:

– Ja też wiem, Haneczko! Pewnie teraz będziemy się rzadko widywały. Nie da się inaczej. Nie masz do mnie żalu?

– Mam. Wbrew zdrowemu rozsądkowi mam.

Hanka całuje Ewę w wychudły policzek, myśli, że Tomasz także go całował, więc się cofa.

I Ewa odchodzi.