21

Przedwieczorne godziny Ewa i Tomasz spędzają w parku, wśród wiosennych kwiatów, co już powyłaziły z ziemi, wśród żółto, biało i różowo rozkwitłych krzewów. Pachnie to wszystko odurzająco, intensywnie. Listki na drzewach, jak każdego roku w różnych stadiach rozwoju, jedne rozwinięte, na innych pąki jeszcze nawet nie próbują się rozchylać.

Z parku wracają pieszo. Kiedy przechodzą obok „Powszechnej”, z lokalu dobiega muzyka taneczna, więc Ewa wzdycha:

– Jak dawno nie tańczyłam…

– Zaraz nadrobimy to zaniedbanie. Zapraszam cię na dancing – mówi Tomasz.

Zaskoczenie! Ale właściwie dlaczego by nie? Strój na nich w miarę przyzwoity, chyba nie będzie raził.

Nieduży krąg parkietu. Orkiestra: gitara, syntezator, perkusja. Siadają przy stoliku i kelner zjawia się prawie zaraz. Zamawiają bryzole i po kieliszku caberneta, ale zanim zamówienie zostanie zrealizowane, orkiestra zaczyna grać i Tomasz prosi Ewę na parkiet. Już w pierwszych minutach Ewa się orientuje, że tańczy świetnie. Jak on ją trzyma! Jak prowadzi!

– Nie przyznałeś się wcale, że tak znakomicie tańczysz.

– Właśnie się przyznałem. Stopniowo przyznam się do wszystkiego – żartuje.

Tańcząc Ewa spostrzega zachwycone, wpatrzone w Tomasza oczy pań i zaczyna puchnąć z dumy. To ją trzyma w ramionach. Ją! Potem dostają swoje bryzole. Podnosi ku Tomaszowi kieliszek.

– Za wszystkie nasze przyszłe tańce!

Na estradzie tleniona solistka, w sukni cyklamen przebłyskującej srebrem, żonglując mikrofonem i biodrami śpiewa o tym, jak pragnie „być z nim”, i jak „prawdziwa artystka” schodzi z mikrofonem z estrady, obdarza refrenem stanowczo zbyt tęgiego pana siedzącego obok w towarzystwie znudzonej żony, a potem pełnym gracji ruchem zwraca się do Tomasza: „Tylko z tobą! Tylko z tobą! Póki nie nadejdzie świt. Jestem z tobą”. Oczywiście wszystkie oczy także zwracają się na Tomka. Ewa widzi, jak zaczyna go ponosić. Ale solistka przecież jest kobietą. Jakże mogłaby opuścić tego pięknego. W końcu Tomasz, korzystając z krótkiej przerwy w śpiewie, mówi do niej przyciszonym, złym głosem:

– Niechże pani się w końcu trochę przesunie. Zasłania mi pani widok.

Takim go jeszcze Ewa nie widziała. Solistka, obrażona, demonstracyjnie odwraca się opiętymi lśniącą suknią pośladkami i kończy refren innemu. Ewa ogarnia wzrokiem salę. Wszystkie panie nadal wpatrują się w Tomasza. On najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę. Zły, żuje nieco żylasty bryzol. I wtedy gitarzysta, bardzo chudy, o oczach somnambulika, zapowiada białe tango. Ale Ewa Tomasza nie prosi. Czeka. Po chwili zaczynają ku niemu zmierzać trzy panie. Pierwsza dopada mająca najbliżej żona grubasa.

– Można prosić? – i do Ewy: – Pani pozwoli?

– Ależ tak. Oczywiście!

Tomek patrzy na Ewę z wyrzutem. Gdyby go wcześniej poprosiła, nie byłby na to narażony. Jako człowiek w miarę dobrze wychowany nie śmie odmówić i idzie na parkiet ze złaknioną pięknego mężczyzny kobietą. Ewa widzi, jak się męczy chcąc przytrzymać ją w odpowiedniej odległości, na co ona wyraźnie nie ma ochoty, wypina ku niemu kusząco biust. Rozbudzony w Ewie złośliwy diabełek coraz cieniej chichoce i kiedy tamci wracają do stolika, proponuje uśmiechając się życzliwie.

– Może pani z nami na chwilę usiądzie? Bardzo proszę.

Tomasz „morduje” ją wzrokiem, a pani spogląda na męża i mówi z żalem:

– Dziękuję bardzo. Niestety. Zdaje się, że mąż już teraz na mnie zły.

Więc Ewa do Tomasza:

– Mam nadzieję, Tomeczku, że zrewanżujesz się pani najbliższym tańcem?

Tomasz lekko się kłania byłej partnerce i siada do resztek swojego zimnego bryzolu. Jednocześnie przechodzącego właśnie kelnera prosi o rachunek.

– Już? Zostańmy jeszcze troszkę – Ewa patrzy mu w twarz niewinnym spojrzeniem.

– Oo! Czyżbyś miała ochotę ze mną zatańczyć?

Gryząca ironia aż z niego bucha.

– Oczywiście! – Unosi w „naiwnym” zdziwieniu brwi. – Za nasze przyszłe tańce po raz drugi.

Uśmiecha się promiennie z kieliszkiem w dłoni. Ma wrażenie, że Tomasz razem z bryzolem żuje jakieś grube przekleństwo. Na szczęście zjawia się kelner. Prawie jedna czwarta pensji Tomka przechodzi na własność lokalu gastronomicznego.

– Chodź!

– Tomeczku! Jeszcze posiedźmy. Chociaż kwadrans. Tak tu przyjemnie.

– Chodź! – już stoi.

Wszyscy na nich patrzą wietrząc sensację.

– Więc idę sam.

Odchodzi, a Ewa zrywa się „spłoszona” i drepcąc za nim, mówi do żony grubasa, ale tak, że i Tomasz, i inni słyszą doskonale.

– Widzi pani, jaki to brutalny mężczyzna?

Wychodzą z lokalu. On idzie szybko. Ona ledwo nadąża w swoich czarnych szpilkach. I wtedy diabełek przemawia jej ustami:

– Taki piękny i taki zły!

Tomasz staje.

– Milcz! – mówi zduszonym szeptem. A potem się odwraca i idzie sobie w drugą stronę, już więcej się nie oglądając.

„Ty wredna istoto – Ewa karci tego przycupniętego w niej diabełka. – Widzisz, co zrobiłeś?”

W doskonałym humorze, nucąc pod nosem: „Tylko z tobą. Tylko z tobą …”, udaje się na przystanek i wsiada do autobusu. Jeszcze leżąc w wannie śpiewa: „Tylko z tobą” – tym razem już pełnym głosem, a potem nagle milknie. Niepokój powolutku, delikatnie wkrada się do jej rozświetlonego kieliszkiem wina wnętrza.

***

Niepokój Ewy wydatnie wzrasta, kiedy budzi się rano i obok niej na tapczanie jest pusto. Nie ma jednak czasu na rozważanie sytuacji. Obudziła się zbyt późno. Trzeba śpieszyć do pracy. Dopiero tam, za biurkiem, przypomina sobie wczorajszy wieczór i mówi do diabełka: „Dosyć tego! Siedź cicho i ani mru-mru!” Siedzi cicho, ale zerka oczkami lśniącymi jak tarki. A Ewa myśli: „Trzeba zadzwonić do Tomka”. Łatwiej pomyśleć, niż zrobić. W czasie kolejnych przerw telefon zajęty. W końcu dyrektor wydziału zwołuje pracowników na krótką naradę i to akurat w czasie dużej przerwy. Okazja przepada. No, trudno! Jest nadzieja, że po powrocie zastanie Tomka w domu.

„Nadzieja – matka głupich” – któż z nas nie zna tego przysłowia. Oczywiście Tomasza wcale nie ma i Ewa coraz niespokojniej krąży po mieszkaniu, przerzucając się od froterowania – do Mozarta, od Mozarta – do poszukiwania seledynowej apaszki (aż wszystko z półek leci na tapczan), od apaszki (w końcu odnalezionej) – do postawienia na gazie czajnika (tylko po co?), od czajnika – do okna… Wygląda. Drzewka migdałowe kwitną różowo, inne biało. Dzieci na placu zabaw w nieustannym ruchu – jak mrówki. Na ławkach siedzą sobie ludzie – pogadują. Zieleń przemyta nocnym przelotnym deszczem – intensywna. Czego ona tu głupia siedzi i czeka? Zadzwoni do Aldony! Niech je Michał wywiezie gdzieś za miasto, na świeże powietrze. Aldona powinna być teraz dużo na powietrzu. Rzuca się do telefonu. Niestety w pracowni nikt się nie zgłasza. Zegar wybija piątą. Może zajrzeć do Hanki? Byle już tutaj dłużej nie siedzieć. Gasi pod czajnikiem. „Ty przeraźliwy ponuraku!” – mówi w myśli do Tomasza, a po chwili: „Ty podły!” Jednocześnie przypomina się jej, jak przeżuwał bryzol razem z przekleństwami, i diabełek zaczyna chichotać. Szalenie przyjemnie jest się zabawić cudzym kosztem. Gorzej, jak ktoś zabawia się naszym. Zacina zęby, bo z kolei zakręcają się jej w oczach łzy. W końcu zaczyna ją ponosić. Żeby wrócić do równowagi przed tą wizytą u Hanki, postanawia włożyć nowy komplet: bluza i spodnie w kolorze khaki. Zrzuca dotychczasowy strój i idzie do łazienki, aby się nieco odświeżyć. Taka roznegliżowana wpada w przedpokoju na Tomasza. Wcale nie słyszała, kiedy wszedł. Stoją naprzeciw siebie. Tomasz nic nie mówi, ona też. Wygląda, jakby na coś czekał. W końcu się odzywa.

– Może raczysz mnie przeprosić?

– Za co? – pyta Ewa słodko. – Czy za to, że zaprosiłeś mnie na dansing i zatańczyłeś ze mną tylko jeden raz? Czy za to, że zostawiłeś mnie samą na ulicy, na pastwę podpitych panów?

Tomasza dosłownie zatyka. Stoi z lekko rozchylonymi ustami i patrzy na nią jak na niezwykły okaz fauny, który właśnie udało mu się zobaczyć. Dzwonek przerywa tę interesującą scenę. Ewa umyka z powodu negliżu do łazienki pozostawiając Tomkowi otworzenie drzwi. Słyszy, że to Aldona z Michałem. Narzuca wiszący jeszcze ciągle na drzwiach szlafrok Zygmunta i wychodzi do gości.

– To wy, kochani? – wita ich promiennie. – Właśnie przed chwilą do was dzwoniłam.

– Ubieraj się, Ewulka – mówi Aldona. – Pojedziemy trochę do lasu.

– Zaraz będę gotowa. Właściwie już zaczęłam przebieranie. Proszę, wejdźcie do pokoju. Może się napijecie wody z syfonu z sokiem? Tomeczku! Podaj im szklanki.

Stoi przez moment, jakby się zastanawiał, czy spełnić tę prośbę czy wyjść, porządnie trzasnąwszy drzwiami.

– Och! Bardzo chętnie – mówi Aldona.

Kobiecie w ciąży się nie odmawia. Kobietę w ciąży należy rycersko obsłużyć, więc Tomasz decyduje się na pójście do kuchni. Ewa idzie się ubierać i po pewnym czasie wchodzi do dużego pokoju w swoim nowym komplecie krokiem zawodowej modelki.

– Prześlicznie – zachwyca się Aldona.

– Świetnie wyglądasz – wyraża uznanie Michał.

Tomasz milczy, więc Ewa pyta:

– A tobie, Tomku, podoba się?

– Ta bluza i spodnie – tak.

– Dziękuję za komplement.

Oczywiście Michał i Aldona zaczynają się orientować, że Ewa z Tomkiem są na stopie wojennej.

– Jedziemy, trochę późno!

Wszyscy wstają, Tomasz – nie. I wtedy Aldona prosi:

– Panie Tomku! Niech pan jedzie z nami.

Takiej kruchej kobiecie jak Aldona mężczyzna ulega natychmiast. Po chwili więc siedzą w samochodzie Michała mknącym do Dąbrowy. Ręka Tomasza leży tuż obok i Ewa decyduje się, nie bez oporów, delikatnie jej dotknąć. Drgnął, zapatrzony na „interesujący” miejski pejzaż i… nic. Jej palce rozpoczynają wędrówkę po jego dłoni. „Przepraszam cię, przepraszam, kochany” – przemawiają czule. I dłoń Tomasza w końcu się odwraca, przyjmuje je do swojego wnętrza. Przepływają w obu kierunkach strumyczki ciepła. Tomasz stopniowo się odpręża, uspokaja, a w końcu podnosi jej palce, przytula do ust. Ewa napotyka w lusterku uśmiechnięty wzrok Aldony i sama szczęśliwa też się uśmiecha.

Spacerują nad zalewem. Pachnie młoda zieleń, ziemia, woda, panoszą się w trawie kwitnące mlecze. Tomasz podnosi kamień i puszcza kaczkę. Kamień odbija się trzy razy znacząc na powierzchni piękne kręgi. Próbują wszyscy. Bez powodzenia. W końcu Michałowi udaje się jedno odbicie. Może go nie doceniają? Tomek – króluje. Każdy rzut udany i to z przewagą wielokrotnych podskoków kamienia. Powoli zaczyna mieć małą widownię z przypadkowych przechodniów. To go zniechęca. Idą w stronę lasu. Potem wracają.

– Może wstąpicie do nas – zaprasza Aldona.

– Już późno – oponuje Ewa. – Innym razem.

A tak naprawdę to chce być jak najszybciej sama z Tomkiem. Wtedy Michał pyta:

– Najpierw na LSM?

– Och! nie. Do mnie.

Uprzedza Tomasza, bo kto go tam wie, co by powiedział.

Kiedy już są w mieszkaniu, przypada do niego i kurczowo obejmuje. Tomasz wylewa na nią resztki żółci.

– Może najpierw zdejmiesz ten strój. Jeszcze ci się wygniecie. A poza tym jestem przeraźliwie głodny.

Wbrew temu co mówi, trzyma Ewę mocno w uścisku i wcale nie zamierza wypuścić.

– Tomeczku! Tomeczku!

– Chodź!

Zna dobrze ten ton, odrobinę niższy, matowy. W pokoju Tomasz ją prosi:

– Zaczekaj, Eli. Ja sam…

Szybko zdejmuje bluzę, koszulę, spodnie i przystępuje do „ceremonii rozbierania swojej kobiety”. Obnaża ją i wita ustami każdy kolejno odsłaniany fragment ciała. Aż wszystko w niej w środku zaczyna wibrować. Fale niemocy raz po raz opływają Ewę w zapadającym zmroku. W końcu, już nagą, ogarnia ramionami. Stopniowo rozpada się w tych ramionach na lekki, gwiezdny pył.

Po półgodzinie Tomek jednak woła:

– Jeść!

Ewa też jest głodna jak wilczyca (bo chyba nie wilk). Narzucają na siebie odzienie i idą do kuchni.

– Protestuję przeciwko chlebowi i herbacie.

– No proszę! – ironizuje. – Już cię rozpuściłam?

– A ja ciebie nie?

Nie może zaprzeczyć. Jest przez niego rozpuszczona do niemożliwości. Czy gdyby nie to, pozwoliłaby sobie wczoraj na takie zachowanie? W milczeniu zabiera się do szykowania kakao i ogromnego omletu.

– Czy ty przynajmniej masz pojęcie, co mnie tak wczoraj rozwścieczyło? – pyta Tomasz.

– ?

– To Mila, ile razy wracała od innego mężczyzny, a ja miałem ochotę ją rozszarpać, mówiła: „Taki piękny i taki zły!” Byłem wtedy bliski morderstwa.

– Zdaje się, że weszło ci to w nawyk – mówi Ewa, a po chwili: – Wszystkie panie gapiły się na ciebie. Ściągasz kobiece spojrzenia jak magnes. Nie sposób z tobą nigdzie pójść. Najwyżej do kina, bo w ciemnościach nie rzucasz się w oczy.

– Czy myślisz, że ja tego nie wiem? Że nie widzę? Czasem już trudno z tym wytrzymać. To zupełnie tak, jakby nie zauważały, że jestem człowiekiem, tylko mnie widziały po samym wierzchu. Ty nigdy tak na mnie nie patrzyłaś. Tam, w klasie, twoje oczy były przejrzyste, zupełnie spokojne, mimo tych kolejnych dwój, czasem kpiące i to przeżywałem najboleśniej. Kiedy przyszłaś do pokoju nauczycielskiego, patrzyłaś na mnie chłodno, uważnie, potem się do mnie uśmiechnęłaś naprawdę serdecznie. W Delikatesach i w kawiarni byłaś po ludzku życzliwa, na wernisażu Antarka nagle oschła, niechętna. Przestraszyłem się, że znowu sobie pójdziesz. Pierwszy raz w życiu tak goniłem za kobietą, taki byłem nachalny. O Boże! Przecież ja niemal przemocą wpakowałem ci się do mieszkania.

– Przemocą? Naprawdę myślisz, że stało się to wbrew mojej woli? – patrzy na niego trochę kpiąco.

– No nie, przecież mogłaś mi zatrzasnąć przed nosem.

– Właśnie!

– Jak wyszedłem wtedy od ciebie, biegłem do następnego przystanku jak szesnastolatek. Jechał obok autobus, a ja się z nim ścigałem. Kierowca zauważył, że biegnę, więc trochę zwolnił i tak goniłem go z twarzą głupio roześmianą, a kiedy wsiadłem na przystanku, kierowca powiedział z uznaniem: „Dobry pan jest!” – bo nie wiedział, że taki „dobry” byłem tylko tego dnia.

Ewa stawia przed nim omlet. Jemu dwie trzecie, sobie resztę. Kakao w półlitrowym kubku.

– Posil się. Tu jeszcze masz sok do omletu. – I dodaje: – Chyba się nie doceniasz. W inne dni też jesteś zupełnie dobry.

Tomek usta ma pełne, więc riposty brak.

Niebawem leżą na tapczanie i okazuje się, że fala wspomnień Tomka wciąż jeszcze nie opadła. Mówi:

– Wiesz, Eli! Kiedy obudziłem się tutaj po powrocie z Krakowa obok ciebie, zobaczyłem twoje oczy pełne czułości. Tak w dzieciństwie patrzyła na mnie matka. I jeżeli wcześniej wcale nie byłem pewny, kim dla mnie będziesz, w tym momencie już wiedziałem, że będziesz wszystkim. A w kilkanaście dni później kazałaś Michałowi odwieźć mnie na LSM. Było jasne, że chcesz się mnie pozbyć, że masz mnie dość. Przez dwie noce nie zmrużyłem oka. Trzeba było pogrzebać swoją ambicję. Było mi strasznie trudno. Nie spodziewałem się wtedy, że czekają mnie daleko cięższe doświadczenia.

Milknie. O tym już nie ma chęci mówić. A Ewa przypomina:

– Pamiętasz? Po tamtej scysji z Andrzejem weszłam do pokoju, a ty siedziałeś sobie spokojnie i czytałeś gazetę. Zdaje się – mnie było w tym momencie trochę ciężej niż tobie.

– Więc ty też nie zauważyłaś? Tę gazetę trzymałem przez cały czas do góry nogami. Nic nie widziałem. Dopiero gdy ją składałem, zobaczyłem odwrócony tytuł.

– Przecież wiedziałeś już, że to był żart, że niesłusznie mnie posądziłeś. Przecież Andrzejowi uwierzyłeś.

– Tak. Tyle że ty znowu sobie ze mnie zakpiłaś. On to obcy człowiek. Ale ty? Aż ciemno mi się od tego robiło przed oczami. A wiesz, co wtedy odchodząc powiedział mi Andrzej? Że kiedy chciał cię przytulić w tańcu, od razu poznał – należysz do innego. Powiedział: „Taką rzecz rozpoznaje się natychmiast. I myślę, że ty jesteś tym szczęśliwym”. Dopiero to wydało mi się okropnie podłe. To pokpiwanie z człowieka, na którym podobno ci zależało. A potem przyszłaś i wyrzuciłaś mnie z domu jak szmatę po wytarciu brudnych rąk.

– Nie mów tak! Nie wolno ci tak mówić! Wcale nie wiesz, co czułam w tym momencie. Wszystko we mnie płakało. Tej gazety nie mogłam, nie byłam w stanie ci przebaczyć.

Nie powinni o tym rozmawiać. To ciągle jeszcze boli oboje. Jednak po chwili Tomek mówi:

– Jakże zazdrościłem wtedy Batowskiemu swobody, luzu, pewności siebie.

– Jeśli Andrzej zawinił, to przyznasz, sporo zrobił, żeby się zrehabilitować.

– Wysłałaś go po mnie?

– Nie! To on sam. Zobaczył, jak ginę tu bez ciebie, i postanowił cię przywieźć. Chybabym się nigdy na to nie zdobyła…

– Och! – Tomasz ją przygarnia. – I ja ginąłem bez ciebie. Myślałem, że już mnie wcale nie potrzebujesz.

Trzymają się w objęciach, odcinają od zewnętrzności, oni dwoje, którzy są dla siebie całym światem.

Nieco później, kiedy oczy zaczynają im się kleić do snu, Ewa mówi do Tomka:

– Jesteś mi winien pięć tańców.

– To już nie dzisiaj, Eli. To już nie dzisiaj – odpowiada sennie.

***

Swój dług Tomasz spłaca dwa dni później. Przynosi kasetę z dobrymi nagraniami muzyki tanecznej.

– Trzeba tu zrobić trochę miejsca.

– Tu będziemy tańczyć?

– A co? Znowu mam cię zabrać do „Powszechnej”?

Wynoszą do drugiego pokoju stół i krzesła. Fotele podsuwają pod ścianę. Zwijają dywan. Parkiet gotowy.

– Proszę się teraz pięknie ubrać.

Ewa idzie do szafy i szuka czegoś odpowiedniego. Wybiera niebieski ciuszek mini z lejącego się trykotu. Do tego złoty paseczek i klipsy – duże koła. Pantofle te co w „Powszechnej”, czarne szpilki. Włosy zapina asymetrycznie sczesując na lewy bok. Może należy podmalować usta? Ale co będzie, jak zachce się jej Tomka pocałować? Więc lepiej nie. Idzie na parkiet. Tomek założył białą koszulę i już trochę opalony, bardzo się Ewie w niej podoba. Ona jemu też.

– O! Nieźle, nieźle – lustruje ją okiem wytrawnego znawcy od głów do stóp.

Rozpoczynają od walca „François”. Nie mają zbyt wiele miejsca na wirowanie, ale jest całkiem znośnie. Potem samba, fokstrot, cza-cza i tango. W tangu Tomek zaczyna Ewę „namiętnie przytulać”, aż w końcu „wpija się” pocałunkiem w jej usta i trwa tak, póki nie zabrzmią ostatnie takty. Wtedy dopiero pocałunek się kończy i Tomek podnosi partnerkę „omdlałą” w jego ramionach.

– Co ty robisz! Mieliśmy tańczyć – protestuje Ewa łapczywie wciągając powietrze po tym rekordowo długim pocałunku.

– Przecież zamówienie było na pięć tańców i właśnie piąty się skończył.

Tomasz siada sobie spokojnie w fotelu.

Chyba zamierza odegrać się za „Powszechną”. Ewa może: albo się obrazić, pójść zdjąć sukienkę i przestać go widzieć, albo usiąść tam na poręczy fotela i za pomocą różnych czułości zmienić jego męską decyzję. Chyba tego drugiego się po niej spodziewa. Ona jednak wybiera wariant pośredni. Mówi:

– Przyniosę coś do picia. Może odzyskasz siły.

Przynosi w szklankach tonik, podaje mu jedną, a z drugą przysiada obok. Widocznie docenił te dyplomatyczne zabiegi, bo upiwszy kilka łyków sięga po magnetofon i przekłada kasetę. Naciska. Walc angielski.

– To chyba biały walc – mówi, a potem na wszelki wypadek dodaje: – Poprosisz mnie?

Ewa widzi, jak mu zależy, żeby nie ustąpić jej tak zupełnie, w stu procentach, więc się nachyla i muska wargami jego skroń.

– Proszę…

Zostawiają nie dopite szklanki i idą tańczyć. Tomek opiera policzek o włosy Ewy.

– Jaskółeczko moja!

Jak dobrze, że się nie „obraziła”. Tańczą dalej i jest strasznie szczęśliwa. Strasznie, bo ogarnia ją autentyczny strach, że tego szczęścia jest jakby za dużo, i strach, że mogli się z Tomaszem nie spotkać, więc mogło go wcale nie być. W końcu trudno to wytrzymać.

– Tomeczku! – wargi jej dygocą (ze strachu? ze szczęścia?) – Kochasz mnie?

Przystaje, bierze głowę Ewy w obie dłonie i patrząc jej w oczy mówi:

– Kocham? Czasem mi się wydaje, że powinno istnieć jakieś słowo, które znaczyłoby jeszcze dużo więcej. Ale jest tylko to. Więc – tak! Kocham!

– I ja ciebie bardzo kocham! – głos z trudem wydostaje się Ewie z gardła.

Rock and roll. Ten szalony rock and roll – to coś więcej niż taniec. To żywiołowa radość. Tomek Ewą szarpie, przerzuca, okręca, w końcu padają na wersalkę. Dość! Gaszą magnetofon i sięgają po szklanki.

– Głodny jesteś?

– Zmęczony.

– Połóż się na chwilę, odpocznij. Pójdę przygotować coś do zjedzenia.

– Nie idź! Połóż się tutaj, przy mnie.

Kładą się na wersalce, bliziutko. Już zapadł zmrok. Jego koszula wilgotna od potu. Ewa rozpina guziki i dotyka wargami piersi Tomasza.

– Zostaw! Jestem spocony.

– Mnie to, Tomku, nie przeszkadza. Ani troszeczkę. – Próbuje językiem jego skóry. Słona. – Jesteś słony jak śledź. Trzeba cię wymoczyć.

– Za chwilę. Jeszcze poleżmy. Tylko mnie już nie oblizuj, bo zrobię z tobą coś złego.

Leży więc cichutko, ale już w niej stopniowo narasta chęć, żeby sprawdzić, co też „złego” Tomek z nią zrobi.