Rozdział 6

Przez trzy dni Marek nie zagląda na przystanek. I nagle opada go silny niepokój, że jeśli postąpi tak kolejnego dnia, Rutę straci. Nie chce jej stracić! Ostra świadomość, że nie chce jej stracić. Nie jest jego winą, że Iwonka popadła w prostytucję, Iśka nie kocha męża, Ewa po rozwodzie z Zygmuntem nie wyszła za niego, a za tego filmowego amanta – obecny mąż Ewy z powodu swojej urody tym bardziej budzi jego niechęć. „Jutro wychodzę na przystanek! – postanawia. – Skoro już tak się złożyło, że ją spotkałem, że pozwoliła mi trzymać swoją rękę, że zapragnąłem jej, skoro już tak się złożyło – jutro wychodzę na przystanek.” A potem lekki niepokój, bo może przez te trzy dni przydarzyło się jej coś złego? Co mogło się zdarzyć? Pewnie jej matka już zdrowa i Ruta zgodzi się na spotkanie wieczorem. Po porcji niepokoju napływa fala nieuzasadnionego optymizmu. Leżąc w łóżku przypomina sobie, jak to nazwała go podrywaczem, ale zaakceptowała. Jak bardzo przejęta była chorobą matki – wysnuwa z tego wniosek, że jest osobą dobrą, wrażliwą. Jak dotknęła delikatnie palcami jego piersi. Potem do Ewy: „Bądź szczęśliwa z tym swoim pięknym. Przecież nie chciałaś mnie!” Załatwił więc przynajmniej tę sprawę. No cóż! Dla Iśki nic zrobić nie może. Ani dla Iwonki już nic. Może się zająć Rutą.

Rano, tuż przed wyjściem Marka z domu, zaczyna padać deszcz. Gwałtowny! Obfity! Nakłada skafander. „Rutka mi zmoknie.” Niepokoi się, jakby już była jego. Zanim dziewczyna nadejdzie, Marek wraz z innymi próbuje się schronić pod mizerny daszek kiosku, ale czuje doskonale, jak przemakają mu spodnie. Powinien wrócić do domu, przebrać się. Deszcz pewnie zaraz przestanie padać. Nie wraca. Pamięta wczorajszą pewność, że nie może sobie pozwolić na niezobaczenie jej kolejnego dnia. Ruta przychodzi w przeciwdeszczowym płaszczu, czerwonym, i Marek zaraz ujmuje jej rękę gestem właściciela. Przytrzymuje, kiedy ona chce dłoń cofnąć.

– Zostaw! – mówi, i dopiero potem: – Dzień dobry!

Ruta nie odpowiada. Odwraca twarz w kierunku, skąd powinien nadjechać autobus, ale ręki już nie próbuje zabrać, choć ciągle jeszcze jest to ręka nieuległa, zbuntowana. Marek się domyśla, że Ruta jest urażona z powodu jego trzydniowej nieobecności. Przyjeżdża trzynastka. Wsiadają do wnętrza, gdzie wobec deszczu panuje większy niż zwykle tłok. Ma ją przyciśniętą mocno do piersi. Ostrożnie ogarnia dziewczynę ramieniem.

– Już wszystko dobrze, Rutka – ni to pytanie, ni stwierdzenie.

I ona wciąż sztywna, obca, stopniowo zaczyna ulegać, przytula policzek do jego mokrego skafandra. Niczego Marek w tym momencie tak nie żałuje, jak tego, że dzieli ich ten skafander i płaszcz Ruty. Niczego tak nie pragnie, jak tego żeby wszystkie przegrody przestały istnieć, żeby poczuć jej nagie ciało całym sobą. Przytulić – i poczuć całym sobą! Kiedy wychodzą z autobusu, deszcz wciąż jeszcze pada dużymi, ale rzadkimi kroplami. Idą milcząc pod bibliotekę i tutaj ona mowi:

– Skoro jesteś moim aniołem stróżem, nie wolno ci zostawiać mnie tak długo samej. – A widząc jego zaskoczenie, dodaje: – Przecież to anioł stróż powstrzymuje ludzi przed fatalnym krokiem.

– Zobaczymy się po południu? – pyta Marek nagle wzruszony.

Ruta potrząsa głową.

– Nie mogę. Popołudniami opiekuję się mamą.

– Już mamie lepiej?

Twarz Ruty poważnieje.

– Nie będzie lepiej. Nie ma na co liczyć. Do widzenia!

Marek biegnie przez park. Z mokrych drzew spadają duże krople. Już mu to nie przeszkadza, nadstawia pod nie twarz. „Ej! Rutka, Rutka!”

Jak wynika z jego służbowego kalendarza, dziś po południu w Biurze Wystaw Artystycznych wernisaż Janka Malickiego, który po studiach na ASP w Warszawie wrócił przed dwoma laty do Lublina. Marek mógłby po prostu nie iść. Wpada jednak na pomysł, że ten czas zużyty na reprezentowanie władz na wernisażu odbierze sobie wychodząc z pracy dwadzieścia minut wcześniej przez cały następny tydzień. Uzyskuje zgodę dyrektora i uradowany idzie do księgowości interweniować w sprawie dotacji dla towarzystwa regionalnego w Stężycy. Potem dzwoni do Wiktora, żeby zapytać o zdrowie Eryka.

– Prawie dobrze – mówi Wiktor. – Zaczął jeść. To znaczy, że dobrze. A u ciebie co?

– Prawie dobrze – odpowiada. – Oczywiście poza tym, z czym dobrze nie jest – dodaje, bo nagle niepokoi go nadmiar własnego optymizmu.

– Wpadniesz do nas jutro, albo w niedzielę?

– Jeszcze nie wiem. Nie potrafię w tej chwili powiedzieć.

– Kobieta? – pyta domyślnie Wiktor. – Ty niecny podrywaczu!

– Przestań! Bo jeszcze trochę i to miano przylgnie do mnie na amen.

– Nie sądzę, żeby ci to groziło. Jak będziesz mógł, przyjdź.

Marek czeka na Rutę pod biblioteką. Wita go lekkim uśmiechem.

– Znowu jesteś, mój aniele?

Rumieni się zmieszany tym powitaniem.

– Dobrze wiesz, jak mam na imię.

– Tak, wiem. Znowu jesteś, mój aniele Marku – mówi przekornie.

– Ach, ty niegrzeczna!

– Takie złe ziółko – uzupełnia Ruta.

Marek zdaje sobie sprawę, że to przekomarzanie wynika z jej lepszego niż ostatnio samopoczucia. No, więc dobrze. Niech sobie na nim poużywa.

– Skoro nie chcesz pójść ze mną na lody, kupię ci takie w wafelku.

Liżą lody i idą przez Krakowskie trzymając się za ręce. Nikt by się nie domyślił, jak niewiele ich łączy. Wyglądają jak dwoje zakochanych albo młode małżeństwo. Tak spotyka ich Regina. Oczy jej ogromnieją jak spodki i kiedy Marek kłania się z odrobiną nonszalancji, leciuteńko, z niedowierzaniem potrząsa głową.

– Co teraz będzie? Zostałeś, mój aniele Marku, skompromitowany.

– Czy anioł może być skompromitowany?

– Nie! Chyba nie. Anioł to duch czysty. Choć przecież szatan to właśnie skompromitowany anioł.

– Do szatana daleko mi – wzdycha Marek. – Nawet aniołem jestem zupełnie pospolitym: stróżem. W związku z tym, jeśli mam nie zaniedbać obowiązków, muszę cię jutro i pojutrze zobaczyć.

– Aniele Marku stróżu mój pospolity, wiesz dobrze, że to niemożliwe.

– Dla aniołów możliwe są różne rzeczy niemożliwe. Jutro przyfrunę, a jeśli nie otworzysz mi drzwi, wlecę przez okno i usiądę za twoim stołem.

Ruta zaczyna się nagle śmiać śmiechem nieco nerwowym, trochę za głośno i za długo.

– Wyobrażam sobie minę pani Wandy, gdyby zauważyła cię wlatującego oknem.

– Kto to jest pani Wanda?

– Nasza przyjaciółka i sąsiadka od zamierzchłych czasów. Pomaga mi opiekować się mamą.

Marek nabiera pewności, że Ruta jest osobą samotną, więc wolną. Zresztą już wcześniej był tego całkiem pewny. Dochodzą pod jej dom.

– Jutro przyfruwam – mówi tonem dość kategorycznym.

– Jutro nie przyfruwasz – mówi Ruta z lekkim naciskiem. – Do widzenia! Do poniedziałku.

Przez chwilę jeszcze Marek za nią patrzy. Urażony – bo zabroniła mu przyjść. Zawiedziony – bo był niemal pewny jej zgody.

Pod bramą swojego domu spotyka Iwonkę z jakimś mężczyzną i zły na nią, że nie chciała skorzystać z jego pomocy i nadal uprawia swój proceder, wbrew panującym między nimi obyczajom, zwraca się do niej, starannie omijając wzrokiem jej towarzysza.

– Dzień dobry, Iwonko. Nie zmieniłaś zdania?

Mówi to z odrobiną pretensji, z naciskiem i Iwonka pąsowieje. Spojrzawszy na niego z niemym wyrzutem wchodzi szybko do bramy i na podwórze. Za nią ów mężczyzna. Markowi robi się nieprzyjemnie. Wyrządził jej przykrość. Pełen niesmaku wbiega po schodach. Nulakowa otwiera drzwi.

– Panie Marku, można na chwilę prosić?

Marka zaciekawia poważna mina sąsiadki. Pani Nulakowa prowadzi go do pokoju i sadza w fotelu. Widocznie wcześniej przygotowała swoje wystąpienie, bo zaraz zaczyna mówić.

– Pan wie, jak jestem panu życzliwa. Jak lubiłam i szanowałam pana rodziców. Panie Marku, ja proszę, niech się pan nie zadaje z tą małą Czarnecką. Dopiero wczoraj była w telewizji audycja o AIDS. Czy to trudno się zarazić? Taki z pana przystojny mężczyzna, a wkoło tyle porządnych dziewczyn. Choćby ta pani, która odwiedziła pana ostatniej niedzieli.

Tu pani Nulakowa milknie zmieszana. Zdradziła się, że trwała na stanowisku obserwacyjnym u drzwi.

– Widzi pani, akurat ta to mężatka – mówi z odrobiną złośliwej satysfakcji Marek. – A małą Czarnecką zaprosiłem zaledwie na herbatę i na koncert. Coś jej się należy po ciężkiej pracy. Dziękuję jednak za serdeczną troskę – dodaje z przesadną powagą. Wstaje, żeby odejść.

Wyładował swój zły humor na Nulakowej i wyraźnie mu ulżyło. Nalewa sobie do szklanki mandarynkę i wraca myślą do Ruty. Zaczyna podejrzewać, że będzie musiał uzbroić się w cierpliwość. Nie pójdzie to tak szybko i gładko, jak jeszcze kilka godzin temu sądził. W „Kosmosie” wyświetlają „Fatalne zauroczenie”. Myślał, że jutro weźmie Rutę do kina. Niestety, wybierze się sam. Potem może wpadnie do Kasi i Wiktora. W niedzielę pojedzie na cmentarz – to rocznica śmierci matki – zapali lampki. A po południu?…

Podchodzi ze szklanką do okna. Ile razy tutaj stanie, przeżywa kolejny raz moment, gdy stał obok Ewy patrząc na kordon ZOMO-wców i milczący tłum. Cofa się spłoszony.

Już po szesnastej. Wkrótce trzeba będzie się elegancko ubrać i pójść na wernisaż do BWA.

***

– Co to za mężczyzna cię odprowadził? – pyta Rutę pani Wanda. Widocznie widziała przez okno, jak rozmawiali pod domem.

– Znajomy. Spotkałam go – odpowiada krótko Ruta. – Jak mama?

– Zupełnie dobrze. Zabrałam ją nawet do kościoła przed obraz Matki Bożej. Może sprawi cud!

– Pani Wandeczko, może lepiej, żeby pani sama z mamą nie wychodziła?

– Już ja wiem, dziecko, kiedy można wyjść, a kiedy nie.

To prawda. Pani Wanda znakomicie orientuje się w nastrojach i stanach przyjaciółki (przyjaźni się z matką Ruty od wczesnej młodości), toteż jej opieka, choć nieprofesjonalna, jest niezwykle cenna.

– Co mamusia robi?

– Ogląda zdjęcia. Nie przeszkadzaj jej teraz. – A po chwili: – Że też pozwoliłaś Romkowi wyjechać.

– Pani przecież wie, odkąd opublikowano mu te opowiadania, marzył, żeby pisać dalej. Chce napisać powieść. A Bogna naprawdę już nie mogła być tutaj. Uważam, że Romek i tak długo wytrzymał.

Tłumacząc pani Wandzie sytuację, Ruta tłumaczy ją jednocześnie sobie, co wcale nie zmienia faktu, że nadal jest niezmiernie bolesna. Po chwili pani Wanda odchodzi. Ruta stawia na ogniu czajnik, wyjmuje z lodówki mięso. Trzeba je przyrządzić na obiad dla matki i pani Wandy. Było tak, że ona, Roman i Bogna jadali obiady poza domem. Pani Wanda z matką w domu, zanim oni wrócili z pracy. Pani Wanda często przynosiła jakieś produkty do wspólnej kuchni. Najczęściej jarzyny z działki od Banasiowej, której trochę pomagała popołudniami. Raz w tygodniu Ruta szła do pracy na piętnastą, na dyżur do czytelni. Wtedy pani Wanda miała wolne. Z matką, acz niechętnie, zostawał Roman. Czasem przychodziła Lidka. Wtedy wolne miała Ruta. Mogli wyjść całą rodziną na spacer, a wieczorem nawet do kina. Ale teraz Lidka była w ósmym miesiącu z czwartym dzieckiem. Nie była w stanie siostrze pomóc. Być może, ze względów finansowych, Ruta będzie musiała teraz jadać w domu. Nie sposób na razie zorientować się, czy wystarczy na wszystko jej pensji. Z czego trzeba będzie zrezygnować, co ograniczyć. Pani Wanda pieniędzy nie przyjmie, więc chociaż te obiady. Ruta szykując mięso zagłębia się w coraz szczegółowsze rozważania. Potem nalewa herbatę, niesie do pokoju. Matka w swoim ulubionym różowym szlafroczku z falbankami – zbyt już frywolnym na jej wiek i mocno zniszczonym – siedzi przy sekretarzyku, na którego blacie leży sterta zdjęć powyjmowanych z szufladek.

– Mamusiu, przyniosłam ci herbatę.

Podnosi na Rutę niespokojny wzrok.

– Rutka, gdzie moje wycinki? Ukradli mi! – zanosi się szlochem.

„Zaczyna się” – myśli przerażona Ruta. Ale wbrew jej oczekiwaniom matka popada w odrętwienie, patrzy za okno, nieruchoma. „Już nie wypije. Niepotrzebnie nalałam.” Ruta wraca do kuchni.

Zaczęło się to przed trzema laty, gdy matka została opuszczona przez ostatniego wielbiciela Arnolda Majewskiego, jej kolegę z zespołu. Jeździli z programem kabaretowym. Matka śpiewała. Dla uatrakcyjnienia programu, przybliżenia go młodzieżowej widowni, dokooptowano do ekipy dwudziestokilkuletnią Mirkę Skubisz, śpiewającą sopranem rockowe piosenki. Stanowiła dla matki, czarującej widownię nastrojowym altem, znakomity kontrast, który i pan Arek natychmiast docenił. Początkowo choroba była mało dostrzegalna. Traktowano ją jako ciężkie załamanie nerwowe po stracie kochanka. Choć pan Majewski był gotów obdarzać swoim, niewątpliwie atrakcyjnym męskim ciałem, obie panie, matka nie była w stanie przystać na taki układ. Wkrótce musiała opuścić zespół. Objawy choroby wyraźnie się zaostrzyły. Matka nie zwierzała się Rucie. Zwierzała się pani Wandzie. To od niej Ruta dowiedziała się o tej tragicznej dla matki historii. Ojciec Ruty zginął przed laty w wypadku samochodowym i matka kolejno miała kilku wielbicieli. Ale do tego ostatniego była chyba najbardziej przywiązana. Pewnie żywiła nadzieję, że razem się będą starzeć wspominając sukcesy i anegdoty z artystycznych podróży. I Ruta, która znalazła się w podobnej, choć nie identycznej sytuacji, czuje, że zaczyna dopiero teraz rozumieć bolesny przypadek matki – zdradę najbliższej osoby – który aż tak zaważył na reszcie jej życia. „A z moim życiem co będzie? Teraz, kiedy mąż i dziecko opuścili mnie, a ja nie mogę zrobić nic, żeby ich odzyskać, co będzie z moim życiem?” Potem przychodzi jej na myśl, że i jej sytuacji winien jest pośrednio Arnold Majewski. Jego zdrada wydała kolejny owoc zdrady. Bo mimo tych wszystkich usprawiedliwień przed panią Wandą Ruta nie potrafi postępku Romana nazwać inaczej niż zdradą. Podstępną, tchórzliwą, a przez to podłą. Bo czym jest zostawienie bilskiej osoby samej w sytuacji tak ciężkiej, że przerastającej jej siły. A Bogna! Ruta już nic nie wie. „Muszę poczekać – myśli – aż to we mnie przycichnie. Oceniając teraz postępek Romana, mogę go ocenić niesprawiedliwie. Lepiej już myśleć o moim aniele.”

Wyobraża go sobie wlatującego oknem. Odrobinę ją to rozśmiesza. Doznaje ulgi. Maleńka pociecha w wielkim nieszczęściu. Przypomina zdumioną minę znajomej Marka, kiedy zobaczyła ich razem, trzymających się za ręce i liżących lody. Potem wraca myślą do momentu, gdy Marek objął ją w autobusie ramieniem. Poczuła się bezpieczna, wsparła policzek o jego ramię. Anioł pocieszyciel! Dobrze, że jest. W samą porę sfrunął jej z nieba. Stał z nogą na stopniu, czekał, aż dobiegnie. Tak go pierwszy raz zobaczyła. Widocznie ma daleko idącą wprawę w podrywaniu dziewczyn. Zupełnie łatwo mu z nią poszło, choć przecież nie należy wcale do chętnych na każde skinienie. Jest, jak widać, z tych podrywaczy budzących swoim wyglądem absolutne zaufanie – no, bo przystojny, poważny, opiekuńczy… „Pewnie mu się wydaje – myśli – że już mnie ma. Daleko do tego, mój aniele!”

Jakby na przekór ucieczce Romana z Bogną matka od dwóch tygodni zachowuje się wyjątkowo spokojnie. Ruta zagląda do jej pokoju – chora siedzi nadal zapatrzona w okno – cofa się. Jutro wszystkie okna powinna pomyć. Potem zacznie się zimno i nie zdąży. Siada w fotelu i tutaj dopada ją absolutna cisza mieszkania, nie słychać ani Romka, ani Bogny. Bogna! Jej kochana mała córeczka. Jak jej tam jest? Ruta wie, jak wesołą i sympatyczną osobą jest matka Romana. Bognie będzie tam dobrze, spokojnie. Babcia będzie się nią zajmowała daleko lepiej, niż mogłaby to robić tutaj ona. A jeśli to Romek ma rację? Nie powinni cierpieć wszyscy troje, skoro nie jest to konieczne. Wystarczy, że ona… Cóż ona! Nie jest w sytuacji wyjątkowej. Tysiące osób, latami, opiekują się obłożnie chorymi albo kalekami, albo upośledzonymi dziećmi. Na szczęście, Bogna nie jest podobna do niej, tylko do Romana. Może dzięki temu nie odziedziczy po jej matce skłonności do zaburzeń psychicznych. Wyrośnie na normalną wesołą dziewczynę. To chyba warte jest jej samotności!