26

– Narzekaliśmy, narzekali, że nie ma zimy i popatrz, jaki cudowny śnieg.

Jeszcze kilkanaście minut i dojadą na miejsce. Po jednej stronie rozległa biała płaszczyzna, po drugiej świerki w puchatych czapach śniegu.

– Wujek, patrz, choinki! – woła Mareczek podskakując na kolanach Marka.

Wiśka zerka na nich obu zapatrzonych w okno. Ciekawe, jakie wrażenie wywrze na rodzicach ich przyjazd z Mareczkiem. Jak daleko posuną się w swoich podejrzeniach. Matka zapewne zacznie się gorączkowo zastanawiać, czy jakimś cudem nie umknęła jej uwagi ciąża córki. Zacznie sobie przypominać, liczyć i kto wie, czy czegoś tam sobie nie przypomni i czegoś się nie doliczy. Ojciec może przypuszczać, iż zataiły przed nim, że został dziadkiem i zażyczy sobie wyjaśnień. „Czy moja wyobraźnia nie zanadto się rozbrykała?” – Wiśka powściąga myśli.

– Widzisz ten dom na wzgórzu? To właśnie tam. Od przystanku trzeba będzie kawałek wrócić.

Rodzice witają ich w sieni. Matka wylewnie, jak to ona, ojciec muska wargami policzek córki.

– To jest Marek i Mareczek, razem „dwa Marki” – mówi Wiśka i zaraz prowadzi ich do swojego pokoju na górkę. – Rozgośćcie się. Potem zejdźcie na obiad.

Ku zaskoczeniu Wiśki rodzice o nic jej nie pytają. Widocznie przesłana w liście wiadomość, że zaprosiła kolegę turystę, wystarczyła, a ten „dodatek” pod postacią Mareczka wcale nie wydaje się im niezwykły. Matka mówi:

– Akurat Jośkowie zabili cielaka. Wzięłam górkę i wątrobę. Na obiad krupnik, wątróbka i buraczki.

– Ach! to stąd te rozkoszne zapachy. – Wiśka wciąga powietrze. – Czuję jakieś jeszcze smakowitości.

– Upiekłam placek z wiśniami, ale żadnego podjadania przed obiadem.

Nie wystarcza Wiśce czasu na wyproszenie kawałka, bo z góry schodzą trzymając się za ręce obaj Markowie.

– Proś, Wisiu, gości do jadalni. Zaraz podam zupę.

Ojciec zdążył przygotować siedzisko dla Mareczka. Przysunął do stołu fotel Antarka, ustawił na nim płaską skrzynkę na narzędzia, położył na wierzchu poduszkę.

– Co mama na to powie?

– Co ma powiedzieć? Siadajcie, proszę. – Potem zwraca się do Marka: – Pan też jest lekarzem?

– Lekarzem? Nie, historykiem.

– Humanista! No proszę. I jak pan ocenia ten nasz partyjny miszmasz?

– Tatku, on tu przyjechał odpocząć.

– Od mówienia? Pan może jest wykładowcą czy nauczycielem?

– Pospolitym urzędnikiem państwowym.

– Dziś to zupełnie przyzwoity kawałek chleba.

– Nie narzekam.

Przychodzi z wazą matka i zajmują się nalewaniem zupy. Mareczek siedzi między Wiśką a Markiem, trzyma łyżkę, czeka.

– Od lat jadam w stołówce – mówi Marek. – Taki domowy krupnik to prawdziwa rozkosz dla podniebienia.

– Lubię gotować – uśmiecha się Konieczna – ale nigdy nie miałam na to dość czasu. Praca w szkole jest wyjątkowo absorbująca. Pozostaje mi wyżywać się z okazji świąt albo w wakacje.

– Ja też trochę gotuję. Jednak szczególnego talentu w sobie nie odkryłem – stwierdza Marek.

– Zapewne jest pan utalentowany w innej dziedzinie.

– Gra na fortepianie – wtrąca Wiśka.

Marek odbiera to jako złośliwostkę i postanawia przy najbliższej okazji się zrewanżować. Na razie jednak brak okazji, a po chwili przykre wrażenie mija. Potem Wiśka z matką przynoszą drugie danie i rozmowa na moment zamiera. Dopiero po chwili Konieczny mówi:

– Wisia napisała, że pan grywa także w szachy. Zagramy partyjkę po obiedzie?

– Tatku, toż człowiek jeszcze się nawet nie rozejrzał dokoła.

– Niedługo będzie ciemno. Będzie się rozglądał po nocy? A w ogóle skończ, Wiśka, z tym strofowaniem ojca. Niemożliwe są te baby – zwraca się do Marka.

Marek ma usta pełne, nie musi odpowiadać. A kiedy przełknął, mówi:

– Myślę, że wystarczy czasu i na rozglądanie się, i na szachy.

I rzeczywiście. Po obiedzie, choć już się trochę mroczy, wychodzą we troje na dwór. Dokoła domu. Schodzą z górki na skraj lasu. Marek niesie Mareczka na barana, bo śnieg głęboki. Wracają.

– Jutro wyciągniemy z komórki sanki. Świetnie się tutaj zjeżdża. Prawie do strumienia.

Po powrocie Marek gra z ojcem Wiśki w szachy, Mareczek bawi się ze szczeniakiem Kluską, a Wiśka wypytuje matkę o najnowsze miejscowe wydarzenia.

– Renatka Mikułówna wychodzi za mąż za Konrada Witusika.

– Jak to? Konrad wrócił do Grabówki?

– Zwolnili go z pracy, to wrócił. Stary Witusik szczęśliwy, że będzie miał komu zostawić gospodarkę.

– Kiedyś śnił mi się ślub Renatki. Ładna dziewczyna z niej wyrosła.

– Jeszcze niedawno ją uczyłam. Jak ten czas leci. – Matka zapatrza się w okno. – Zagrasz mi, Wisiunia? To co grałaś na koncercie. Trzeci utwór. Bardzo jest piękny.

Więc przed kolacją Wiśka jeszcze trochę gra. Matka na fotelu, Mareczek na kolanach Marka, ojciec przy stole zły, bo przegrał partię, a przez ten koncert nie może rozegrać rewanżu, siedzi naburmuszony. Wiśka widzi jego minę i granie specjalnie przedłuża – w każdym drzemie odrobina przekory. Wreszcie trzeba szykować kolację.

– Pomogę – deklaruje Marek i w ten sposób umyka Koniecznemu.

Mareczek gra na gitarze Wiśki, trąca ostrożnie struny. Potem nagle obejmuje instrument i przytula do niego buzię.

– Oj, ty, ty – mówi.

Kolacja i zaraz trzeba Mareczka myć i kłaść spać.

– Chyba zmieścicie się razem na tapczanie. Jest dość szeroki.

Pół godziny później Wiśka przychodzi na górę.

– Tata nie będzie mógł zasnąć, jak nie zagrasz z nim rewanżowej partii.

– Nie mogę zostawić Mareczka samego. Jeszcze się obudzi i wystraszy. Bądź co bądź dla niego to zupełnie nowe miejsce.

– Posiedzę z nim. Idź, bo tatę nosi po mieszkaniu jak lwa po klatce.

Kiedy Marek wraca, po partii celowo przegranej, zastaje Wiśkę zapłakaną.

– Wisiula, co tobie? – Siada obok i bierze jej rękę w obie dłonie.

Wyrywa mu ją, wstaje, i dopiero stojąc mówi przez łzy:

– Gdybym nie poroniła, w maju urodziłabym dziecko.

Przez chwilę Marek zaskoczony milczy, a potem:

– Jeszcze będzie dobrze. Proszę, nie płacz.

– Dobrze? Przecież ono nie żyje! Przez moją głupotę. Rozumiesz?

***

I już po lekarstwie-Marku! Czy eliminowanie skutków głupoty za pomocą głupoty może dać dobre wyniki? Oczywiście nie. Dlaczego mu powiedziała? Co on sobie teraz o niej myśli? Już po lekarstwie, przepadło.

Wiśka leży na kanapie w stołowym, bezsenna. Wszystko to przez wzburzenie, którego przyczyną był widok śpiącego dziecka. Właśnie on przerwał tamę postawioną pięć miesięcy temu myśleniu o poniesionej stracie. Widok małej rączki odrzuconej na poduszkę, łagodny profil, cień leżących na policzku rzęs, lekuteńki rumieniec i oddech – głęboki, równy, spokojny – świadectwo życia. Myślała, że udało się jej coś porozplątywać, a tymczasem życie zacisnęło kolejny mocny supeł. Wyszła z pokoju, zanim Marek zdążył cokolwiek powiedzieć. Co zresztą mógłby powiedzieć? Jakieś kolejne zdawkowe słowa pociechy? Do czego jej to potrzebne? Jednocześnie Wiśka czuje ulgę, że komuś powiedziała. Bo Łukasz przecież niczego nie chciał słyszeć, niczego zrozumieć. Marek tak, chyba zrozumiał. Dobrze to czy źle? Nie wie. Nie potrafi przewidzieć, jak to zaważy na ich dalszych kontaktach. Żal. Ogromna porcja żalu, że zniszczyła to swoje niespodzianie dostane lekarstwo; roztrzaskała butelkę jednym zbędnym zdaniem, a można było je zażywać łyżka po łyżce przez długi czas, powoli. Można było? Do czegóż to ona Markowi potrzebna? Ma Mareczka, widuje się z jego matką, ma grono życzliwych przyjaciół, pracę i doskonale obywał się bez niej do owego przypadkowego spotkania na basenie. Próbuje sobie przypomnieć ich wszystkie kolejne spotkania i nagle zaczynają się jej plątać daty, kolejność, przebieg – zasypia.

Rano budzi ją skrzypnięcie drzwi. Uchyla powiek. Do pokoju wsuwa się powoli Mareczek w samej piżamce, a przecież w domu dość chłodno. Podchodzi.

– Gdzie Kluska? – pyta.

– Kluska jest ze swoją mamusią. A ty czego chodzisz nie ubrany? Zmarzniesz. Wejdź tutaj. – Wiśka odchyla kołdrę. – Wujek śpi?

– Śpi. Pójdziemy zaraz na sanki?

– Zaraz to nie. Po śniadaniu. Najpierw pojedziemy do lasu. Zawieziemy sarenkom sól i skórki od chleba, dopiero potem będziemy zjeżdżali z górki.

Tak było przez wszystkie lata, kiedy Wiśka chodziła tu do szkoły. W niedzielę z Mirką i Emilką ładowały na sanki jedzenie dla saren i wiozły do lasu. To była umowa między gajowym, a ich szkolnym kołem Ligi Ochrony Przyrody. W ciągu tygodnia o zaopatrzenie karmnika dbał on, w niedzielę dzieci ze szkoły. Każdej niedzieli sarny miały prawdziwą ucztę.

Kanapa jest wąska, Mareczek leży bliziutko, mocno do Wiśki przytulony.

– Potem będziesz grała? – pyta i po chwili zasypia w jej cieple.

We wnętrzu Wiśki narasta, pęcznieje nowy szloch. Wtedy słyszy na schodach kroki Marka. Po chwili zagląda przez uchylone drzwi, a widząc Mareczka obok niej, przychodzi, przykuca na dywanie.

– Trochę się wystraszyłem. Kiedyż on tu przyszedł?

– Dopiero co. Szukał Kluski.

– Zabiorę go. Ciasno ci tutaj.

Wiśka ma ochotę zaprotestować, ale jakież ona ma prawo? Pozwala Markowi zabrać chłopczyka na górę.

Dzień upływa zgodnie z planem. Po śniadaniu wyprawa do lasu. Mareczek jedzie na sankach przytrzymując torbę ze smakołykami dla saren. Mają szczęście. Zastają przy karmniku dwie młode sarny, może zbyt jeszcze naiwne czy zbyt głodne, żeby natychmiast umknąć na widok intruzów. Stoją przez chwilę patrząc w ich kierunku i z wyraźną niechęcią odbiegają truchtem w las.

Potem we troje zjeżdżają z górki na sankach. Sanki są duże. Takie zrobił ojciec, żeby zmieściły się na nich wszystkie jej koleżanki. Zjeżdżały we cztery albo pięć. Było wtedy okropnie ciasno i okropnie wesoło. Teraz nie jest tak ciasno ani tak wesoło. Choć może Mareczkowi jest, bo kiedy jadą z góry, za każdym razem głośno się śmieje. A kiedy wracają, Mareczek trzymany przez nich oboje za rączki, podskakuje i mówi:

– Dobrze jeżdżą te sanki, prawda?

– Bardzo dobrze. Na piątkę z plusem.

Znowu zjeżdżają. Wiśka obejmuje Mareczka, a Marek przytrzymuje Wiśkę, aż za którymś kolejnym razem jego dłonie trafiają na jej biodra; jest to chwyt dość mocny a pieszczotliwy – tak go odczuwa – robi się jej nagle gorąco, przeraża się, że za moment będą na dole i on ręce zabierze, a następnym razem już nie będzie tak jak teraz – chwyci ją w pasie albo za przedramiona – już się to doznanie nie powtórzy. I zamiast się o tym po prostu przekonać, gdy już wrócili na górę, mówi:

– Pozjeżdżajcie trochę sami. Pójdę, pomogę mamie przy obiedzie.

A idąc do domu myśli: „O, Boże! Pierwszy raz mi się coś takiego przydarzyło. Ja tak nie chcę!” I zdaje sobie sprawę, że próbuje samej sobie kłamać, bo właśnie chce, i ledwo odeszła, żałuje, że odeszła. A po dalszych kilku minutach już nie pamięta dokładnie jakości doznania, uleciało. Wie tylko, że było silne i niezwykłe, i że chciałaby przeżyć je kolejny raz.

Reszta dnia podobna do wczorajszej. Z tą drobną różnicą, że Wiśka stara się na Marka nie patrzyć, zaledwie prześlizguje się po nim wzrokiem. Podobnie jak poprzedniego wieczoru przychodzi zastąpić go przy śpiącym Mareczku. Marek jednak waha się, czy odejść.

– Znowu będziesz mi tutaj płakała – mówi.

– Jeśli nawet, to chyba wszystko jedno czy tu, czy gdzie indziej.

Więc Marek, nieco się ociągając, schodzi na dół.

Tym razem nie potrzebuje partii celowo przegrywać. Konieczny wykorzystuje jego roztargnienie i daje mu efektownego mata. „Fatalnie się spisałem” – myśli Marek wracając na górę. Wiśkę zastaje zaczytaną, bez śladu łez. Kiedy wszedł, ona zaraz wstaje, żeby odejść.

– Z tarczą czy na tarczy? – pyta.

– Niestety, na tarczy.

– No cóż, mam nadzieję, że nie zakłóci ci to snu. Dobranoc.

Szybko odchodzi, myśląc, że mógł ją zatrzymać. Nie musiał się tak łatwo zgodzić na jej odejście. Potem sama go przed sobą usprawiedliwia, że pewnie jest zmęczony i senny i myśli, iż właściwie przez cały dzień był do dyspozycji rodziców, jej, a przede wszystkim Mareczka. Cały czas nad nim czuwał, żadnego pytania dziecka nie zostawił bez odpowiedzi. Wiśka znowu się Markiem zdumiewa. Co to za człowiek? W czym właściwie przejawia się jego indywidualność? Jakoś się zaciera, rozpływa w jego ciągłej dyspozycyjności, nieustannej gotowości do kompromisu. Konformista? Na pewno nie. Spojrzy się na niego i natychmiast zaczyna wierzyć, że należy do tych nielicznych, którzy nie przekraczają wyznaczonych sobie granic. Gdzie jednak te granice? Wielu już się przekonało, iż wygląd zewnętrzny nie zawsze bywa zwierciadłem duszy. Pacyfista? Może. Ale w tym jednoznacznie pozytywnym znaczeniu. Wyraźnie się uparła, by nie przypisać Markowi żadnych ujemnych cech. Zaczyna być o to na siebie zła. Co będzie jutro, gdy Marek położy ręce na jej biodrach?

Sytuacja rozwiązuje się sama. Trzeba po śniadaniu pójść do sklepu. Wiśka wysyła obu Marków na sanki, idzie. W sklepie spotyka Mirkę. Wstępuje do niej na pogaduszki i kiedy wraca, czas szykować obiad. Bierze się do gotowania z nieco przesadnym zapałem. Odrzuca ofertę pomocy ze strony Marka, który właśnie wrócił z Mareczkiem z dworu, mówi:

– Pomóż lepiej ojcu.

Konieczny rąbie pod szopą drzewo. Marek idzie na podwórze.

– Wisia przysłała mnie do pomocy.

– A cóż pan pozwala tej mojej artystce się tak szarogęsić? Niech pilnuje swojej gitary.

Marek się uśmiecha.

– Konflikt pokoleń czy przypadkowa zbieżność charakterów?

Konieczny rzuca badawcze spojrzenie.

– Trafił pan w sedno. Ale ja też wiem, że tę ostatnią partię szachów przegrał pan celowo.

Wybuchają śmiechem.

– No cóż, jak pan chce pomachać siekierą, to proszę. Tylko palca lepiej nie ucinać. Najbliższy lekarz w Lubartowie.

Po chwili ojciec Wiśki zjawia się w kuchni taszcząc sporą skrzynkę.

– Daj, Wisia, ścierkę. Zobaczymy. Może znajdzie się tu coś, co zainteresuje mężczyznę. Chodź tu, młody człowieku – zwraca się do Mareczka.

W tej skrzynce są zabawki Wiśki z dzieciństwa. Mareczek ma co robić do obiadu i po obiedzie. Wiśka zgłębia zawartość skrzynki razem z nim. Każda zabawka budzi wspomnienia. Matka, jak to przed półroczem, przyniosła na popołudnie szkolną pisaninę, ojca wezwano do pralki, która w trakcie prania odmówiła posłuszeństwa, więc Marek siedzi z Wiśką i Mareczkiem, razem z nimi ogląda po kolei „skarby”, nawet lalki.

– Nie mam takiej skrzynki – mówi jakby z żalem. – W miarę jak podrastałem, oddawałem wszystko młodszym dzieciom z podwórka. Nigdy zresztą nie miałem dużo zabawek. Tata częściej kupował mi książki.

Mareczek z radosnym okrzykiem wyciąga z dna skrzynki drewnianego konika, wystruganego niegdyś Wiśce przez dziadka Mirki.

– Popatrz, wujek! Prawdziwy konik! I uszy ma, i ogon, i grzywę, i umie chodzić! – Chłopczyk podskakuje zabawką po podłodze.

I już tylko konik i konik, aż do wieczora.

Potem Wiśka z Markiem szykują razem kolację i wtedy on mówi:

– Jak ten dom pięknie pachnie. Ile razy się tu wchodzi, dom wita jakimś nowym zapachem. To jest zupełnie coś innego niźli miejskie mieszkanie. Cieszę się, że mnie tutaj przywiozłaś.

– A las? Naprawdę to go nie widziałeś. Jutro połazimy po lesie.

Kolacja i teatr telewizji, więc Konieczny z Markiem w szachy nie grają.

Następnego dnia idą do lasu. W ten sposób Wiśka kolejny raz umyka dłoniom Marka. I dopiero we środę, a w czwartek już trzeba będzie jechać, wychodzą razem na sanki. Wiśka odważnie. Tamto wrażenie w ciągu dwu dni nieco się zatarło. Przecież gdy Marek w trakcie zjeżdżania przytrzymuje ją za ramiona, zaczyna w niej narastać żal, zaczyna prosić go w myśli: „Marek! Marek!” On jednak najwidoczniej prośby nie słyszy bądź też nie chce jej spełnić, i żal Wiśki przemienia się w pretensję, potem w złość – zostawia ich obu, odchodzi.

Wieczorem ojciec z Markiem znowu grają w szachy. A ona siedzi na górze z Mareczkiem. Patrzy na spokojną twarzyczkę śpiącego dziecka i pyta: „Co dalej?” Znowu chce się jej płakać.

W końcu Marek wraca i Wiśka wstaje.

– Zaczekaj, Wisia, nie odchodź. Chcę ci coś powiedzieć. – I patrząc na dziecko oznajmia: – Mareczek to mój syn. Ale on o tym nie wie i być może nigdy się nie dowie.

– Domyślałam się tego – mówi po chwili Wiśka nieco zmienionym głosem. – Sądzę, że zależy ci w tej sprawie na dyskrecji. Tak, jak mnie w mojej.

Patrzy mu odważnie w oczy. Marek wydaje się mocno zmieszany. Przyglądają się sobie przez chwilę. Wreszcie ona mówi:

– Dobranoc!

W ten sposób Marek przypomniał jej, że nie jest człowiekiem wolnym. Ma syna i zapewne jest związany uczuciowo z jego matką, i na co może z jego strony liczyć to trochę życzliwości, tak jak on liczy na jej życzliwość.

Więc gdy po przyjeździe do Lublina rozstają się i on pyta, kiedy się zobaczą, Wiśka odpowiada:

– Nie wiem. Nie mam pojęcia. Maurycy ma zwyczaj organizować kolejne koncerty w trakcie tournée. Jak przyjadę, zadzwonię.

Mówi to pewna, że nie zadzwoni. Mimo wzajemnie poczynionych zwierzeń nie ma między nimi dawnej równowagi. Czuje się upokorzona nagłym jednostronnym przypływem własnych chęci. Na szczęście następnego dnia wyjedzie i już będzie bezpieczna.