29

Srebrnym sierpem księżyca zetnę twoją głowę –
Będą nad nią płakały dzwoneczki liliowe,
Brzoza rozplecie zielone warkocze,
Barwny motyl usiądzie na martwej powiece.

Do kielicha pełnego czerwonego wina
Mrówka już drogę znajduje najprostszą.
Żuk gnojowy krwi krople zbiera jak korale –
Będzie je nizać na sznurek czerwone.

A na ten drugi perły łez serdecznych,
Perły mych łez serdecznych!
Perły mych łez.
Perły łez…

Odkłada gitarę. „No to już – myśli. – Utwór psychodrama gotowy. Te perły łez toczą się przepięknie, ozdobne, krągłe.” A ona przecież za przyczyną Łukasza nie uroniła ani jednej łzy. Czego doznała za jego przyczyną to fali wrogości, która podeszła wysoko do gardła i tkwi gdzieś między sercem a przełykiem, podpływa raz odrobinę wyżej, raz niżej – wyraźnie czuje to chybotliwe kołysanie raz wyżej, raz niżej – i właśnie z piany, z kropli tego osobliwego przypływu rodziły się kolejne słowa i dźwięki, aż zaistniały. Był to wysiłek tak znaczny, że fala złagodniała, opadła.

Srebrnym sierpem księżyca zetnę twoją głowę…

To już tylko piosenka. Gatunek: psychoterapeutyczna. Nic w tym szczególnego. Sztuka zawsze pełniła funkcję terapeutyczną. I jej uprawianie, i konsumowanie. Znowu gra. Teraz poszczególne fragmenty jakby lepiła od nowa. Wzbogaca ścieżkę dźwięków. Potem jednak, gdy zaczyna śpiewać, to bogactwo okazuje się zbędne. Ba, nie do przyjęcia. Trzeba odrzucić ozdobniki. Pozostawić melodię czystą jak wycie psa w  księżycową noc. Wraca do poprzedniej ascetycznej wersji. Chętnie zaśpiewałaby ją Markowi. Ale czy nie dość już wystraszyła go arszenikiem? Od tamtej pory nie zadzwonił ani nie przyszedł. Ej, Marek, Marek. Co to ona jeszcze zrobi, co powie, żeby go do siebie zrazić. Tak myśli. A przecież w głębi duszy tkwi przekonanie, że ostatnie wzajemne wyznania znowu ich jakoś zbliżyły. Kroczek po kroczku, powolutku, zbliżają się do siebie.

Historia z Dankiem zaczęła się od oczarowania, z Łukaszem od pierogów i seksu, a z Markiem? Właściwie od spania. A teraz jakby się cofnęli i zaczęli iść drogą okrężną. Wcale jeszcze nie wiadomo, gdzie ta droga doprowadzi. Wędrówka bez mapy, bez kompasu. Kompasem mogłyby być serca, gdyby nie blizny i głębokie draśnięcia, które zakłócają precyzję funkcjonowania i trzeba ją korygować za pomocą rozumu. Wiśka się bardzo stara. Rozum postawiła na straży serca. Autoironię na straży rozumu. Ej, Marek! Zadzwoni, czy nie zadzwoni? W końcu strach przed otruciem – ludzka rzecz. Dzwoni!

– Karnety na »Konfrontacje« kupić na siedemnastą czy na dwudziestą?

No proszę! Jaki dzielny. Jaki diabelnie odważny. Co mu tam arszenik! Spotkania od razu przez cały tydzień dzień po dniu – to się nazywa propozycja. Przecież mówi:

– Karnety? Nie za dużo tego szczęścia? Może wystarczy pójść na trzy, cztery filmy.

– Uprawianie jednej tylko dyscypliny sztuki nie wpływa dodatnio na wszechstronny rozwój osobowości.

– Chcesz mnie rozwinąć?

– Chcę, żebyś rozwinęła się sama. Każdy musi sam.

– Cóż, nie jestem aż tak zarozumiała, żeby uważać się za zupełnie „dorozwiniętą”. Kupuj na siedemnastą.

Bo pomyślała, że po seansie będzie czas na jakiś „dalszy ciąg”. Marek, niebieskooki blondyn! Czyżby wróżba Cyganki nabierała realnych kształtów? Marek ma oczy niebieskoszare – nie takie błękitne jak Danek ani takie „strasznie niebieskie” jak Łukasz. Marek ma włosy jasnoblond o odcieniu popielatym – nie takie złociste jak Danek ani ciemnoblond jak Łukasz. Matka byłaby zachwycona. Ojciec chyba też. A ona sama?

Po rajdzie, na którym Marka poznała, przez dłuższy czas absorbował jej myśli. Wspominała go idącego obok niej szlakiem, leżącego z nogami na plecaku i rękami zarzuconymi nad głowę w chwilach odpoczynku, wydobytego z mroku płomieniem ogniska i tak, jak zobaczyła go przez okno autobusu, kiedy rozstawali się pod dworcem kolejowym w Lublinie.

Stał wsparty o szary mur. Stelaż plecaka i zrolowany namiot sterczały mu nad głową pełną jasnych loków. Wyglądał jak smutny anioł o złożonych po długim locie skrzydłach – tak wtedy pomyślała. Zauważył, że mu się przygląda, uśmiechnął się i uniósł dłoń. „Jakby błogosławił” – pomyślała. Przez dłuższy czas pamiętała ten jego błogosławiący gest.

Przecież wspomnienie się zatarło. I gdy zobaczyła go na basenie z mokrymi, więc ciemnymi włosami, poznała go dopiero po uśmiechu wciąż tak samo życzliwym – nie sposób nie wierzyć jego życzliwości.

Życzliwość! Czy to dosyć, żeby wiązać z Markiem jakieś nadzieje? Marek nie jest przecież człowiekiem zupełnie wolnym. Czy to właśnie jest przyczyną jego powściągliwości? Co by poczuła, gdyby Marek zaczął ją całować? Może nic – tak jak kiedy całował ją Łukasz. Zaledwie odrobina satysfakcji, że zapragnął tego pocałunku, docenił jej kobiecość, której tak mało była pewna. Pewna była natomiast swojego kontaktu z muzyką. Muzyka zagarniała ją, porywała, otwierała przed nią swoje światy. A kontakty z mężczyznami? Te były tajemnicze i obce. Nie czuła, żeby coś ją łączyło z Dankiem, Olafem czy Łukaszem. Czuła za to, jak wiele ich dzieli. A z Markiem? Myśli Wiśki zatrzymują się jak nad urwiskiem. Jeśli da krok, spadnie. Czy należy dać ów niebezpieczny krok? Może zawiesić go jak ton i trwać. Muzyka i Marek. Dwa M – patetycznie i muzycznie. Coś ją przyciąga i coś odpycha. No bo… Tych „bo” jest tyle za, co przeciw. Wahadło wychyla się równo w obie strony. Najprościej jest zaczekać. Może amplituda wahań się zmieni. Wtedy o decyzję będzie łatwiej.

Tak więc Wiśka i Marek zaczynają chodzić na »Konfrontacje«. Wiśka dysponuje pewną ilością czasu, bo Maurycy organizuje kolejną trasę. Przed południem ćwiczy Horeckiego „Wielkie wariacje”. Potem jakiś obiad. Marek przyjeżdża prosto z pracy „na herbatę” i wkrótce trzeba iść do kina. Idą pieszo. Kino nazywa się „Bajka”, co doskonale obrazuje stosunek Wiśki do tworów dziesiątej muzy. „Taka tam bajka” – mówiła często po obejrzeniu filmu. Dotychczas bywała w kinie niezbyt często i na filmach przypadkowych, więc odrobina obawy, czy sprosta wielodniowej kąpieli w sztuce filmowej. Czy Marek nie zauważy jej ignorancji, nie uzna jej za zbyt jednostronnie wyspecjalizowaną. Ze swoim brakiem znawstwa w dziedzinie plastyki zdradziła się przed nim już wcześniej. Więc jeszcze myśl, że Marek mógłby być dla niej przewodnikiem po szerszych niż muzyka kręgach sztuki. Bo zauważyła, że i jego zbiory literatury pięknej są dość obfite, a on sam jest witany w księgarniach jako stały bywalec.

Jak widzimy, myśli Wiśki nie są zbyt romantyczne. Należy wierzyć wróżbie Cyganki czy nie?

***

Nie udało się Wiśce obejrzeć wszystkich trzynastu filmów. To widocznie ta trzynastka. Maurycy wrócił z Wrocławia i powiedział: „Jedziemy! Neseser, gitarę i w drogę”.

– Będziesz musiał teraz zaprosić inną – powiedziała Wiśka zostawiając Markowi karnet.

– Nie chcę. – Był naburmuszony jak mały chłopiec. I westchnął: – Tak dobrze się z tobą „konfrontowało” wrażenia.

A więc docenił jej wysiłki. Choć właściwie Wiśka wcale nie musiała się wysilać. Filmy rzeczywiście były interesujące, a Marek jako znawca sztuki filmowej i rozmówca także nie zawiódł jej oczekiwań. Tylko po „Urdze” Nikity Michałkowa nie chciało się im rozmawiać. Wracali w milczeniu. Urzekł ich mongolski step, który tak naprawdę był głównym bohaterem filmu.

– Step i koń! Koń i step! – powiedział wreszcie marząco Marek.

– I urga? – zapytała.

– A dlaczego by nie. – To z nutką zuchwalstwa.

Zaskoczył ją. Urga, długa pasterska laskaarkan zatknięta w ziemię stepu służy Mongołom za sygnał, że w tym miejscu jakaś para oddaje się miłości i nie wolno jej przeszkadzać. Należy to miejsce objeżdżać z dala. Poczuła się, tym co powiedział, zaskoczona, spłoszona. Pożegnała Marka pod blokiem. Nie zaprosiła go do mieszkania. Następnego dnia był „Pierścionek z orłem w koronie” i mogli oboje do woli wybrzydzać na to niezbyt udane dzieło Wajdy. Wrażenia poprawił im kolejny, wysmakowany plastycznie film chiński.

We Wrocławiu dzień jest wyraźnie dłuższy niż w Lublinie. Drzewa i krzewy już wszystkie w muślinach zieleni. Wiśkę ogarniają wiosenne zapachy. Zaczyna tęsknić za Grabówką. „Jak tylko wrócimy, pojadę” – postanawia. Jeśli chodzi o Marka jest pełna podszytego odrobiną złości żalu, że nie zdobył się w ich wspólne popołudniowe godziny na jakieś „energiczniejsze” działania. Już nie pamięta, że sama mu to uniemożliwiała, wysyłając sygnały „stop!” Bardzo już chce pooddychać atmosferą rodzinnego domu. „To przez niego, przez te głupie »Konfrontacje« nie pojechałam do Grabówki” – myśli.

Gra się jej dobrze, lekko – dopiero po piątym koncercie czuje się nieco zmęczona. Na szczęście jeszcze tylko trzy dni i można wracać.

Marek dzwoni, zaledwie zdążyła wyjść z wanny po zmyciu śladów podróży.

– Skąd wiedziałeś, że wróciłam? – pyta zaskoczona.

– Policzyłem na palcach – żartuje. – Jak było? Mogę jutro przylecieć?

– Jutro rano jadę do Grabówki.

Marek przez chwilę milczy, a potem:

– Mogłabyś mnie zaprosić na weekend. Połazilibyśmy po lesie. Tak się zrobiło wiosennie.

Więc i on to zauważył!

– Zapraszam. Ale swojego pokoju ci nie odstąpię. Będziesz spał w stołowym na wersalce.

– Turysta nie grymasi. Sypia, gdzie pozwolą.

– No, to do zobaczenia.

Odkłada słuchawkę. Może i zbyt pośpiesznie. Znowu to „stop!”, a potem kolejny raz będzie się dziwiła, że on…

***

Marek i Wiśka idą wiosennym lasem. Las jest sosnowy, poprzetykany gdzieniegdzie grabiną i brzozą. Niżej jarzębiny, leszczyna, czarny bez – te właśnie zaczynają rozkwitać, rozsiewać dokoła duszną, słodkawą woń. Marek zrywa dwa baldaszki kwiatów jarzębiny i wkłada je Wiśce za opaskę na włosach.

– Wyglądasz teraz zupełnie leśnie i jarzębinowo – mówi przypatrując się jej z uśmiechem. Nie zdobywa się na to, żeby ją przygarnąć. Znowu sprawia jej zawód. Wiśka chętnie by się przejrzała w lusterku, jak wygląda z tymi zatkniętymi powyżej uszu kwiatami. Widocznie nie dość atrakcyjnie, żeby sprowokować mężczyznę do pocałunku. Odnajduje w sobie tę odrobinę złości, która w niej tkwi i wciąż daje o sobie znać, jeśli chodzi o Marka. Oznajmia:

– Do Francji wyjeżdżam za trzy tygodnie.

– Tak prędko? Właściwie to może i lepiej. Prędzej wrócisz. Zdążymy się wybrać na jakiś piękny rajd.

Już wyszli z lasu, idą ścieżką nad strumieniem płynącym u podnóża wzgórka, na którym stoi Wiśczyny rodzinny dom. Wiśka się pochyla i przegląda w strumieniu. Cała jej twarz drga srebrzyście. Drgają wesoło sterczące po bokach baldaszki jarzębiny. Trudno się w tym ruchliwym wizerunku dopatrzyć urody. Podnosi się zniechęcona.

– A kto ci powiedział, że wrócę? – To przez tę malutką złość.

Marek przystaje. Obraca się ku niej spłoszony.

– Co ty, Wisia? Chyba byś tego nie zrobiła!

– A jeśli otrzymam superatrakcyjną propozycję? – Patrzy zuchwale.

Twarz Marka zmierzcha. Odwraca od niej wzrok. Stoją tak w milczeniu. Wiśka łamie drobno zabraną z lasu gałązkę – trzask! trzask! trzask!

– Wisia! Wezmę cię na ręce i wniosę na górę. Jeżeli mi się uda, wrócisz. Nie zatrzymają cię żadne atrakcyjne propozycje. Dobrze?

Uderza jej do głowy fala krwi. Serce zaczyna łomotać.

– Ja jestem ciężkie babsko. Nie wniesiesz mnie nawet do połowy – mówi pośpiesznie.

– Wniosę! – W głosie Marka brzmi upór – znowu patrzy jej w oczy. – Jeżeli się zdecydujesz, wniosę cię aż na górę do twojego pokoju.

– No, no, bez przesady, wystarczy do ławki w ogrodzie.

„Boże! Co ja robię! Dlaczego ja się zgadzam! – myśli spłoszona. – Miałam ostrożnie. Miałam z rozwagą.”

Marek stoi. Może czeka na jakichś kilka ważnych słów. Albo mobilizuje siły jak zawodnik przed startem. Jeszcze moment i bierze Wiśkę na ręce.

Idzie jak przystało na turystę: nieśpiesznie, mocno stawiając nogi, krok za krokiem, wytrwale. Wiśka dostrzega kątem oka, jak jego twarz stopniowo nabiega krwią. „Nie wytrzyma!” To zaledwie jedna czwarta, a może i nie. „Niechże wytrzyma!” Marek przystaje i zaczyna głęboko wciągać powietrze.

– Puść! Już dość.

– Nie! Jeżeli chcesz, obejmij mnie. Będzie lżej.

I Wiśka po chwili wahania oplata rękami tors Marka. Teraz dokładnie wyczuwa ramionami jego mocno dudniące serce. Wtedy to „idiotyczne włażenie pod górę” (tak Wiśka o nim myślała) staje się nagle ich wspólną „ważną sprawą”. Markowi na skroniach, na czole widać wyraźnie drobno tętniące żyły. A potem ukazują się krople potu, zaczynają spływać powoli. I Wiśka ma ochotę je zlizać – czuje wyraźnie na języku ich słony smak. Zawstydza ją ta chęć. „Chyba jestem nienormalna!” Zamyka oczy, żeby nie widzieć. Z tym większym skupieniem liczy każdy kolejny krok Marka. I ten stukot serca: stuk! stuk! „Wziął mnie sobie na ręce i niesie!” – Trzydzieści sześć, trzydzieści siedem… – Wziął mnie sobie! A ja się zgodziłam. – Czterdzieści trzy, czterdzieści cztery, czterdzieści pięć…” Z okna w stołowym patrzy na nich oboje matka Wiśki.

– Szymek! – woła męża. – Spójrz.

– No, to po twoim zmartwieniu – mówi on. – Będziesz nareszcie miała upragnionego zięcia.

– Nie mnie potrzebny zięć, tylko Wisi dobry mąż – odpowiada.

Patrzą stojąc ramię w ramię i Konieczny ogarnia żonę ramieniem.

– Pamiętasz? – A potem: – Piękny widok, ale chyba jej nie doniesie.

– Doniesie. Jeżeli kocha, doniesie.

Marek doszedł do furtki w ogrodzeniu i nagle się potyka.

– Koniec! – woła ojciec Wiśki.

– Jeżeli dwoje chce coś uratować, uratuje – stwierdza matka.

Wiśka w ostatnim momencie chwyciła za sztachety ogrodzenia, uratowała Marka przed upadkiem.

Marek przez moment odpoczywa, a potem, już nieco szybciej, dochodzi do ogrodowego stolika i umieszcza na nim ostrożnie swój cenny ciężar.

– Liczy się, czy przenieść cię na ławkę – pyta zdyszany.

– Tu mi dobrze – stwierdza Wiśka. Radość skacze w niej jak pchła na grzbiecie kundla. I żeby tego nie okazać, mówi: – Popatrz, jaskółki uwiły nad moim oknem gniazdo.

Peszy się, bo zabrzmiało to jak aluzja. Nie patrzy więc na Marka.

– Zostałaś na zawsze przypisana tej ziemi i ludziom na niej mieszkającym. – Głos Marka jest zmieniony po niedawnym wysiłku. Pochyla się ku niej.

Wtedy Wiśka mówi pośpiesznie:

– Mamusia i tata stoją w oknie. Chodźmy na kolację.

Zaraz po kolacji Marek ma jechać. Wiśka tak manewruje, żeby już nie zostali sami. Pełna jest przedziwnego popłochu. Wcale nie doznaje ulgi, jaką się odczuwa po podjęciu ważnej życiowej decyzji. Przeciwnie. O ile przedtem jej wewnętrzne rozterki przypominały wahadło „tak-nie”, teraz jakby siadła na karuzelę niepewności. W tym szalonym wirowaniu nie ma miejsca na żadne rozsądne myśli.

Zabiera się za porządki, trzepanie, choć niedawno z okazji Wielkanocy wszystko było wysprzątane. Zabiera się za pielenie w ogrodzie – trwa przykucnięta między grzędami, z piersiami przytulonymi do ud i wyrywa chwasty. Nagle robi się jej tych niszczonych roślin strasznie żal, rozpłakuje się głupio, rozszlochuje. Chciałaby wysiąść z tej karuzeli i nie może. Powinna już jechać do Lublina, zacząć przygotowania do wyjazdu i boi się. Decyzję podejmuje za nią niezmordowany Maurycy. Przysyła telegram: Czwartek Puławy sobota Nałęczów – czekam. Trzeba jechać.

– Jeszcze wpadnę przed wyjazdem – mówi do matki.

Postanawia szybciutko wszystko naszykować i wrócić do Grabówki. Bo niby dlaczego miałaby siedzieć w Lublinie? Udaje, że właściwie nie ma żadnego powodu. Na obracającej się w niej karuzeli nie ma krzesełka dla Marka.

We czwartek przed południem Marek dzwoni. Myślała, że to Maurycy, bo kto wie czy by podniosła słuchawkę.

– Wisiula! Nareszcie! Szykuj herbatę, przylecę prosto z pracy.

Mówi prędko:

– O piątej jadę na koncert do Puław. Dlatego przyjechałam.

– Jadę z tobą!

Nie ma pewności, czy chce powiedzieć „nie”, więc mówi:

– No to przyjdź.

Stoi przez chwilę bezradnie na środku pokoju. Potem idzie do szafy i zaczyna grzebać w bieliźnie. „Zabiorę do Francji tę szatę Ofelii” – myśli. Olaf – już prawie nie pamięta o jego istnieniu. Szata Ofelii przypomniała jej Łukasza obok niej w łóżku. Myśli: „To śmieszne, tak leżeć z obcym człowiekiem w jednym łóżku i pozwolić mu… Kompletny bezwstyd. Absolutny”. I jeszcze myśli: „Żeby się rozmnażać, potrzebny jest bezwstyd. A może to wstyd jest sztucznie wymyślony i zupełnie zbędny. Człowiek w pułapce kultury!” Wybiera suknię na dzisiejszy koncert – w kolorze fiołków. „Będę całkiem wiosenna.” Zostawia rozgrzebaną szafę i siada z gitarą, żeby jeszcze przez godzinę grać. Obiad. Wystarczy podgrzać porcję kurczaka przywiezioną z Grabówki. Do tego sałatka z pomidorów. Dzwonek. Idzie z mocno kołacącym sercem. Maurycy! Wpadł wcześniej, żeby pogadać o „francuskim” tournée. Jej sam na sam z Markiem znowu się odwlecze.

Marek przychodzi po kwadransie, z bukiecikiem stokrotek. Otwiera mu Paliwoda, bo właśnie Wiśka nalewa herbatę. Stawia szklankę i dla Marka. Popijają, rozmawiają. Potem Wiśka ich zostawia, odchodzi, by przygotować się do wyjazdu. Gdy wsiadają do samochodu, mówi:

– Ty z Maurycym, a ja z gitarą. Muszę mieć przed koncertem odrobinę luksusu.

Argument jest na tyle wiarygodny, że Marek nie śmie protestować.

Do Puław jedzie się godzinę. Wiśka ma okazję obserwować od tyłu i nieco z boku głowę Marka. Karuzela niepokoju znowu zaczyna w niej wirować. „Jak ja będę grała!” Odwraca twarz. Patrzy już tylko na pejzaż migający za oknem samochodu.

A potem jest Dom Chemika i koncert. Wbrew obawom Wiśki – udany. Jeszcze tylko trzeba załatwić jakieś formalności. Coś podpisać i wziąć pieniądze.

Marek czeka w holu. Obok niego młody mężczyzna. Brunet – długowłosy i brodaty.

– Wisiu, pozwól sobie przedstawić: Paweł Korczyński, poeta i miłośnik twojej muzyki. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałby się z nami zabrać do Lublina.

Wiśka wyciąga rękę i rzuca na tamtego badawcze spojrzenie. Chce powiedzieć: „Miło mi” i nie może. Zapada w absolutną czerń jego oczu.