Rozdział 11
Marek swojego ojcostwa jest pewny zaledwie przez trzy doby. Pijąc herbatę u Lubickiej zrobił stosowne obliczenia. Wypadło, że to musiała być połowa kwietnia.
Połowa kwietnia! Jakiż to był szalony czas! Marek, zdumiony i zachwycony bezustanną zachłannością własnego ciała, czuł się niemal panem świata. Wosk uczuć w tyglu serca przetapiał się, przetapiał nieskończenie. Tkliwość. Ileż tkliwości! Rozkosz. Ileż rozkoszy! Morze pragnień wysyłało ku niemu wciąż nowe i nowe fale, zalewało go łagodnie i bezustannie. Szkwał pożądania próbował go porozrywać na strzępy, unicestwić. Tyle Marek przeżył wiosen, ale dopiero tamtej czuł wyraźnie wiosenne soki krążące w swoich żyłach. Zrozumiał, co czują drzewa, kiedy po zimowym śnie zaczyna w nich znowu krążyć życiodajny nektar. Niemal każdego dnia wracając z pracy kupował Rucie kwiaty. Ruta wkładała je w coraz dziwniejsze naczynia i stawiała w coraz nieprawdopodobniejszych miejscach. „Byle nie na fortepianie” – mówił do niej. I potem kiedy wchodziła do pokoju, na przykład z pękiem anemonów w moździerzu, uprzedzając go mówiła: „Byle nie na fortepianie”. Stawiała kwiaty na środku parkietu tak, że przechodząc trzeba było je za każdym razem omijać. Codziennie kwiatów przybywało. Wreszcie porozkwitały złoto gałązki forsycji, które przynieśli do domu z pąkami ledwo nabrzmiałymi. I oba pokoje: duży z fortepianem i jego, gdzie sypiali, zamieniły się w jeden wiosenny ogród. Ruta nigdy nie protestowała, jeśli kolejny raz zatrzymywał się przed kwiaciarnią. Nie chciała jednak dokonywać wyboru. „Przecież to ma być prezent od ciebie” – uśmiechała się odrobinę przechylając głowę. Nachodziła go ochota, aby tam w kwiaciarni wziąć jej twarz w dłonie i scałować z warg ów przekorny uśmiech. A ona dodawała: „Zaczekam, aż zabraknie ci inwencji albo pieniędzy”. Potem, kiedy już kwiaty wybrał, przyjmowała od niego bukiet bez oporu. Niosła go do domu, trzymając demonstracyjnie przed sobą. Znad tego bukietu uśmiechała się do przechodniów. I Marek dostrzegał, że mężczyźni obrzucają ją wzrokiem pełnym zainteresowania. Zazdrość małą szpileczką nakłuwała serce. Tym niecierpliwiej czekał, aż będą sami w domu pełnym kwiatów i będzie można ogarnąć ją ramionami, przytulić, a potem… To potem! Ruta starała się to „potem” odwlec. Mówiła: „Patrz, ile brudów. Trzeba to uprać”. Albo: „Aniele stróżu – na stróżu kładła nacisk – może zabrałbyś się do sprzątania?” Albo: „Zagraj mi coś pięknego, proszę!” – głaskała delikatnie jego ramię. Marek nie dawał się zwieść. Bywał nachalny i bezczelny. Sam sobą się zdumiewał. „Ja wiem lepiej, co ci potrzebne, ziemienko. Teraz będzie lekcja fruwania!” Brał ją na ręce i niósł na tapczan. Pokonując lekki opór obnażał jej biodra i nogi, całował krągłe kolana, prosił szeptem: „Rozłóż, ptaszeczko, skrzydła. Pofruniemy!” Już po chwili był pewny, że opór Ruty to tylko gra, że była go tak samo spragniona, jak on jej. W czasie któregoś z tych niebiańskich lotów nastąpiło poczęcie.
Zanim Marek po szoku, jakim było dla niego zobaczenie syna, doszedł do jakiej takiej psychicznej równowagi i mógł podjąć próbę spotkania z Rutą, musiały minąć całe trzy doby. Zachowanie Ruty ugodziło go boleśnie. Nie spodziewał się z jej strony aż tak ostrej i nieprzychylnej reakcji. Przez te trzy minione dni obcował z nią taką, jaką pamiętał sprzed rozstania i spodziewał się, że ona równie jak on zachowała wszystko w pamięci. Teraz sobie uprzytomnił, iż minęły od tamtej pory dwa lata i Ruta nie jest już tamtą Rutą, a on nie jest tamtym Markiem.
Wraca do urzędu zupełnie roztrzęsiony i napotyka pytające spojrzenie Ewy.
– Powiedziała, że nie będzie rozmawiać z chorym psychicznie.
Ewa pochyla nad papierami głowę.
– Co ja mam teraz zrobić?
– To ona decyduje. Wszystko zależy od niej. – A po chwili: – Może to rzeczywiście nie jest twój syn?
Taka myśl, odkąd zobaczył dziecko, jeszcze Markowi w głowie nie postała.
– Sama liczyłaś – mówi.
– Tylko, że nawet przy normalnej ciąży może być kilkudniowa różnica. Podobno chłopcy mniej chętnie przychodzą na świat niż dziewczynki. Może być ciąża przenoszona i oczywiście nie donoszona. Wystarczy upadek albo silny wstrząs psychiczny. Bierzesz to wszystko pod uwagę?
Więc Marek zaczyna brać to wszystko pod uwagę i znowu niczego nie jest pewny. Jeżeli Mareczek jest wcześniakiem, to jego ojcostwo byłoby wykluczone. Może stąd to zachowanie Ruty? Marek nie potrafi określić miotających nim uczuć. Ulga? Rozczarowanie? Żal? Dominującym jest jednak poczucie winy, które nie słucha żadnych logicznych argumentów. Zamiast pod ich naporem kurczyć się, zanikać, umacnia się, a nawet rozrasta. Na zmianę wątpliwości i pewność. Może czegoś konkretnego uda się dowiedzieć od pani Wandy? Idzie na Żmigród raz, drugi, ale Lubickiej i Mareczka nie zastaje. Wreszcie, któregoś kolejnego dnia mówi do Ewy:
– Jeżeli można wystąpić do sądu o zaprzeczenie ojcostwa, można chyba także wystąpić o przyznanie ojcostwa.
Ewa patrzy zaskoczona.
– Zrobiłbyś coś takiego? Aż tak jej nienawidzisz?
– Jak to? – Marek zupełnie nie pojmuje tego przedziwnego kobiecego myślenia. – Że chcę odzyskać syna, to znaczy, że nienawidzę jego matki?
– Przecież nawet nie jesteś pewny, czy to twój syn. Dziecko wychowuje się teraz w pełnej rodzinie. Nie wiemy, czy mąż Ruty w ogóle podejrzewa, że może nie być jego naturalnym ojcem. Zapewne kocha je. Mareczek ma więc i matkę, i siostrę, i ojca, a ty chcesz go tego pozbawić. To egoizm! Trudno to nazwać inaczej.
Czegoś takiego Marek się po Ewie nie spodziewał. Jest przeciwko niemu – tak to rozumie – to porządnie zabolało. Jednak już po chwili nie może nie przyznać jej racji. Musi koniecznie z Rutą porozmawiać. Ale wcześniej z Lubicką. Informacje uzyskane od pani Wandy mogą mu się w czasie rozmowy z Rutą przydać.
A Ewa jeszcze mówi:
– Nie działaj zbyt pochopnie. Przecież najważniejsze jest dobro dziecka. Może będziesz musiał poprzestać na widywaniu go od czasu do czasu.
– To znaczy: uważasz, że to jednak mój syn?
– Zaledwie podejrzewam.
Telefon przerywa rozmowę.
– Cześć! – mówi Wiktor. – Cieszysz się?
– Czym?
– Nie słuchałeś dziennika?
– Niestety nie.
Tamten przez chwilę zaskoczony milczy, a potem:
– Sejm odrzucił poprawki senatu do ordynacji wyborczej. Co ty na to?
Musi minąć chwila zanim do Marka dotrze, o co Wiktorowi chodzi.
– Chwała im – mówi.
– A widzisz! Może przylazłbyś po południu? Od wieków cię nie było.
– Nie mogę.
– Finiszujesz z doktoratem?
– Nawet nie to, ale nie mogę. Może w przyszłym tygodniu – robi unik.
Wraca do swoich rozważań. Wreszcie postanawia pójść następnego dnia na Żmigród zaraz po dziewiątej. To go odrobinę uspokaja. Może się zająć pracą. Po południu trochę sprząta, a potem – znowu nastawia w telewizorze lubelski program. Ruta ma dzisiaj włosy sczesane z czoła i przytrzymane zieloną opaską. Obok niej w wysokim wazonie złoci się gałązka forsycji.
– Czego ty tak? – mówi do niej głośno.
A ona uśmiecha się i znika.
Udaje mu się przez godzinę grać na fortepianie, zjeść normalnie kolację, posiedzieć do dwunastej nad pracą doktorską. Jest zdumiony kiełkującą w nim roślinką optymizmu, która w ciągu tych kilku godzin zupełnie przyzwoicie się rozrosła. Jest pewny, że jego jutrzejsza wizyta na Żmigrodzie będzie miała jakieś przełomowe znaczenie. Od jutra wszystko zacznie zmierzać ku lepszemu. Leżąc w łóżku stara się powściągać swoją niczym nie uzasadnioną radość. Próbuje sobie przypomnieć, jak wygląda jego syn i z tym niezbyt dokładnym obrazem pod powiekami – zasypia.
Nazajutrz kilka minut po dziewiątej puka do drzwi Nowickich. Po chwili otwierają się. Słowa powitania zamierają Markowi na ustach. Mąż Ruty – Marek jest pewny, że to on – patrzy na niego pytająco wypukłymi piwnymi oczami. A kiedy Marek milczy, niecierpliwie ściąga ciemne brwi.
– Słucham pana.
– Przepraszam – mówi Marek z trudem opanowawszy szok. – Szukam pani Lubickiej.
– To naprzeciwko.
Pani Wanda wita go trochę zmieszana.
– Proszę siadać. Pójdę po Mareczka, bo Romek zaraz wychodzi.
Marek ma okazję trochę ochłonąć. Myśli, że Roman nie jest niebieskookim blondynem i wysnuwa z tego dalej idące wnioski. Próbuje także zrozumieć, co poczuł na widok szczęśliwego rywala i wydaje mu się, że nic prócz zaskoczenia. Wraca Lubicka z dzieckiem. Chłopiec nie chce się przywitać. A potem, kiedy Marek zbyt zachłannie mu się przygląda, chowa buzię na kolanach pani Wandy. Marek musi zmienić taktykę, przez dłuższy czas udawać, że nie zwraca na niego uwagi. To daje w końcu pożądany efekt. Chłopczyk podchodzi i podaje Markowi trzymany w rączce samochodzik.
– Widział się pan z Rutką? – pyta pani Wanda.
– Tak. Ale zdążyliśmy zamienić tylko kilka słów. Była bardzo zajęta.
– Ciężko jej z pracą i domem. Chyba przed wakacjami to rzuci. Trochę szkoda. Przyzwyczaiłam się do opieki nad Mareczkiem. Będzie mi smutno.
Markowi się wydaje, że rozumie żal tej starzejącej się kobiety.
– Proszę spojrzeć – mówi. Podaje pani Wandzie fotografię.
– Mareczek! Rutka dała panu zdjęcie? Ślicznie tu wyszedł.
– To moje zdjęcie, pani Wando. Miałem wtedy dwa lata.
Pani Wanda, speszona, przez chwilę nie wie, co powiedzieć, a potem:
– Na starość już nie ten wzrok. Trzeba by okulary.
A przecież wie, że wzrok ma całkiem dobry i żadne okulary jej niepotrzebne. Marek natomiast zastanawia się, jak panią Wandę zapytać, co jej wiadomo na temat narodzin dziecka. Wreszcie zaczyna dyplomatycznie:
– Mareczek był duży, kiedy się urodził?
– Maleńki. Dwa i pół kilo. Taki okruszek.
– Wcześniak?
Pani Wanda przez chwilę się zastanawia.
– Chyba nie. W każdym razie nie było o tym mowy.
Chłopiec jeździ po stoliku odebranym Markowi samochodem. Zajęty zabawą nie zwraca na dorosłych uwagi. Nie przeszkadza mu już wzrok Marka. Zanim Marek po półgodzinie wyjdzie, pani Wanda, niby mimochodem, mówi:
– W środy Romek idzie dopiero na trzecią lekcję. Zresztą i tak już niedługo koniec nauki. Pewnie wyjadą wszyscy do mamy Romka za Przemyśl.
To znaczy, że nie można już odkładać spotkania z Rutą, trzeba się pospieszyć. Postanawia czekać na nią następnego dnia pod gmachem telewizji. Dziś jednak ma jeszcze okazję do kolejnej porcji refleksji – nadziei, wahań, wątpliwości. W końcu przychodzi mu na myśl, że właściwie nie wie, co Rucie zaproponować. Jego intuicyjne przekonanie, iż powinni być razem, jest w obecnej sytuacji po prostu naiwne. Bo niby dlaczego Ruta miałaby być z Mareczkiem i z nim, a nie z Mareczkiem, Bogną i Romanem. Tak myślami dochodzi do Romana. Póki go nie zobaczył, mąż Ruty był postacią nie dość realną, żeby skupiać na sobie myśli czy uczucia. Teraz to się zmieniło. Gdyby Marek był zdolny do nienawiści, pewnie zacząłby nienawidzić. A tak, wspomnienie tamtego dotkliwie boli. „Jak dobrze, że nie zapuściłem wąsów” – myśli Marek. Wąsy Romana stają się, nie wiadomo dlaczego, obiektem jego szczególnej niechęci. „Jak dobrze, że nie jestem do niego podobny” – myśli. Wtedy jego ojcostwo nie byłoby tak jawne, trudne do zaprzeczenia. Marek na spotkanie z Rutą weźmie swoją fotografię z dzieciństwa. Gdzie Rutę zabrać? Do kawiarni? Czy w kawiarni da się swobodnie rozmawiać? Do parku? I to nie jest najlepszy pomysł. Gdybyż Ruta zgodziła się iść do niego do domu! To z pewnością przeważyłoby szalę na jego korzyść. Zdaje sobie jednak sprawę, jakie to mało realne. W końcu dochodzi do wniosku, że nie ma co robić szczegółowych planów. Zbyt wiele zależy od Ruty. Znowu wyjmuje fotografię. Podobieństwo Mareczka do niego jest uderzające. Ruta nazwała syna jego imieniem. Początkowo uznał to za dowód jej niewygasłych uczuć. Po rozmowie z nią – za obraźliwą kpinę. Potem doszedł do wniosku, że może to być zaledwie sentymentalne wspomnienie po ich krótkim romansie. Teraz znowu skłania się ku przekonaniu, iż uczucie Ruty zbyt pochopnie zdyskredytował, gdy dowiedział się, że jest mężatką. Ile w tym było jego urażonej ambicji? W świetle tych rozważań ostatnia reakcja Ruty wydaje się Markowi zupełnie zrozumiała. Powinien ją przeprosić, przebłagać, powiedzieć: „Kocham cię! Przez cały czas byłem myślami przy tobie!” Nie bać się, że wyśmieje, że się odwróci z niesmakiem. Trzeba mieć odwagę mówić o swoich uczuciach. Ta prosta myśl pozwala Markowi zasnąć.
Kwadrans, który Marek przeżywa następnego dnia pod gmachem telewizji w oczekiwaniu na Rutę, jest jednym z najtrudniejszych w jego życiu. Świadomy konieczności, próbuje w sobie umocnić odwagę – tak żołnierz musi czuć się przed bitwą. Jest więc gotowy do walki, choć niepewny zwycięstwa. Ruta pojawia się w drzwiach. Zaraz jednak okazuje się, że nie wychodzi sama. Tuż za nią idzie wysoki rudawy mężczyzna. I kiedy Ruta na widok Marka zatrzymuje się spłoszona, tamten obrzuca ich oboje, na zmianę, szybkim spojrzeniem, coś Rucie mówi i energicznym krokiem zaczyna zbliżać się do Marka. „Jak on śmie!” Gniew eksploduje w Marku jak pocisk. „Jakim prawem!” Jasnoniebieskie oczy patrzą na Marka przenikliwie i odpychająco.
– Widzę cię tutaj drugi raz i o drugi raz za dużo. Nie rozumiesz, że ona nie ma ochoty z tobą rozmawiać? Na razie poprzestaję na ostrzeżeniu.
Gniew przyćmiewa Markowi rozsądek.
– Nawet jeśli teraz ty z nią sypiasz – mówi z cicha – nie zmienia to faktu, że ja jestem ojcem jej syna.
Mężczyzna, wyraźnie zaskoczony, milczy i Markowi nagle robi się wstyd, że ujawnił, co Ruta zapewne chciałaby zataić.
– Nie sypiam z nią – mówi tamten, już nieco mniej agresywnie – ale z nią pracuję i nie mam czasu po każdej twojej wizycie przez dwie godziny doprowadzać jej do stanu jakiej takiej równowagi. Dlatego bez względu na to kim czy czym jesteś, tutaj więcej nie przychodź.
Odchodzi. Wsiada do samochodu i otwiera przed Rutą drzwiczki.